(…) wiem, że nie utrzymam prostej linii, że moja droga zawsze będzie drogą okrężną, wiecznym labiryntem własnoręcznie wykonanym przez podróżnika, który za każdym razem na nowo daje się skusić bocznej drodze i bocznej drodze tej drogi, tajemniczej nieznanej nazwie na znaku drogowym, zarysowi pałacu w oddali, do którego prowadzi tylko wąska ścieżka, temu, co może się kryć za następnym wzgórzem czy pasmem górskim.

Tak pisze o sobie Cees Nooteboom. Chyba nie żałuję, że odkryłem go tak późno. Wcześniej nie potrafiłbym docenić tej eseistycznej wędrówki przez bardziej lub mniej rozległe przestrzenie, ale przede wszystkim przez czas, przez historię.

Świat jest lasem znaków, które chcą zostać objaśnione, które nawzajem się objaśniają i „napełniają znaczeniem”; nikt nie czuje się w takim świecie lepiej niż tłumacz znaków, (…) święty w kościele Borgesa, Calvina, Berthes’a.

Dziś niewielu szuka znaczeń, a sensy umknęły w popłochu lub w ogóle przestały istnieć. Pamięć o nich to niemal obelga rzucona tym licznym, którzy w bezsensie widzą swoją rację bytu.

17.9.13

REDIVIVUS PER MOMENTUM

WSTĘP
 
Milczenie obrosło tak wielką liczbą związków frazeologicznych, a znaczna ich większość nosi cechy związków stałych, że jakakolwiek próba przytoczenia choćby tych najbardziej reprezentatywnych z góry skazana jest na porażkę. Bo pomiędzy skrajnymi, co jak zajadłe bieguny jednoimienne odepchnięte, zatem pomiędzy quasibiblijnym i o fenickiej zaiste proweniencji  „Milczenie jest złotem, a nie miedzią brzęczącą” a grubiańskim i nader potocznym, choć i odrobinę familiarnym  „Milcz, albo mordę skuję” rozciąga się niezgłębiony praocean milczenia wraz z tym, co się do niego przyczepiło, przylgnęło, przykleiło albo za gardło z impetem chwyciło i puścić nie chce, co milczenie jeszcze bardziej milczącym czyni. Czy z tej pranicznej zupy narodzić się może coś intrygującego? Poza, rzecz jasna, tymi cokolwiek zapoznanymi artefaktami, co cichaczem onegdaj wypełzły na brzeg idyllicznej dzisiaj wysepki z wulkanu zrodzonej na samym środku bezkresu, do których z pełnym przekonaniem zaliczyć można frazę „Bo gdy się milczy, milczy, milczy, to apetyt rośnie wilczy” z pominięciem reszty stanzy, zbędnej z punktu widzenia naszego rozumowania?

ROZWINIĘCIE
 
Milczenie towarzyszy cierpliwości, cnoty to dwie są, co gdy w zgodzie stoją, o co zgoła nietrudno, to power obie przeogromny gromadzą, feeryczną eksplozją od czasu do czasu owocujący. Dlategom milczał, nieświadom, że jest powód, a raczej - że będzie. Nieświadom, powtarzam, zatem w szeregi profetów chyżo pomknąć nie mogę, by fałszerstwa świadomego tym razem nie popełnić. A powód ten prozaiczny, albowiem poetycki zupełnie inne obsługiwałby rejony, dorożkarskimi można byłoby je nazwać. Cenię waszą cierpliwość, jak wy moje milczenie, ale na próbę jej wystawiać nie zamierzam, bo o braku ufności mogłoby to świadczyć. A zatem do eksplikacji zmierzam: otóż donieść pragnę, że po pomyślnym przebrnięciu przez eliminacje znalazłem się w elitarnym gronie osób płci niezrównoważonej (liczba, a wręcz cyfra nieparzysta), które staną w szranki, by zdobyć laur główny (są i poboczne, jednak mniej pożądane) w Ogólnopolskim Konkursie Oratorskim „Mistrz perswazji”. To po tom właśnie milczał, aby zasób słów mało lub wcale nieużywanych zgromadzić, aby zrobić odpowiedni zapas fraz zaskakujących, bo paradoksalnych, by zapełnić magazyny odpowiednimi gestami, intonacjami i ocieplającymi wizerunek, a możliwymi nawet dla niepobłażliwych do wybaczenia lapsusami. Milczałem, bom oręż gromadził. A teraz, gdy już proporce nade mną łopoczą, gdy już surmy do wymarszu wzywają, a bitewny zgiełk zda się grać w uszach, teraz właśnie milczenie przerwać mogę, co niniejszym czynię. I aby pracę kronikarzom ułatwić, by apokryfy, które niechybnie powstaną, miały słabe bo słabe, jednak jakiekolwiek w faktach oparcie, tłumaczę (i redaguję zarazem, bo jak nie ja, to kto za mnie uczyni, no kto?). Zatem drogę do triumfu otworzyła mi oracja na zadany temat stworzona, w zadane ramy organizacyjne ujęta. Jej tekst, który w jakimkolwiek stopniu nawiązywać miał do jednego z tysiąca czterystu osiemdziesięciu trzech cytatów z „Wesela” (Wyspiański S., 1869-1907, krakowianin alias krakus, czwarty wieszcz, ale to informacja nieoficjalna) – „Pan jest taki, a ja taki”, osoby wytrwałe, którym nadludzkich wysiłkiem woli udało się dotrzeć aż do tego wielokrotnie złożonego zdania (zdanie nadrzędne, zdania podrzędne i zdania wtrącone) bez jednoznacznego wyrażenia grubiańskiej i nader potocznej groźby, acz nieodmiennie z familiarną nutą, niechybnie…

ZAKOŃCZENIE
 
…polecam, z ambiwalencją wszelako.

* * *
Drodzy moi,

gdybym niespodziewanie zapytał przypadkowego przechodnia o to, jak powinniśmy, my ludzie, się różnić, to po pierwsze zapewne zostałbym obrzucony spojrzeniem pełnym wyrzutu, a zarazem politowania. Po wtóre zaś, głowę kładę, usłyszałbym: pięknie, oczywiście, że pięknie. Ten banał, ten politycznie poprawny wytrych umysłowy, to relanium forte dla skarlałego współczesnego sumienia, jak zaraza rozpowszechnił się ostatnimi czasy, jak chwast zjadliwy, co powoduje nieuniknione jałowienie gleby. Bo zastanówmy się, cóż to piękne różnienie się może oznaczać. Czy różnice to takie zwiewne obłoczki, nad którymi wymachują skrzydełkami pulchne putta? A może je przyrównać do toskańskiego duktu, wijącego się pośród cyprysowych gajów i pól kwitnącej lawendy? Piękne!? Ciarki po krzyżu przechodzą, gdy te kiczowate obrazy przed oczy przywołuję.

Nie, nie i po wielokroć jeszcze: nie, zakrzyknę. I nie jest to li tylko kwestia gustu, bo gdyby tak było, to dyskusja stałaby się czcza i bezprzedmiotowa. To kwestia zasad. A właściwie jednej zasady. I zawczasu ostudzić pragnę zbyt gorące głowy - niechże nie powstanie fantasmagoryczne wyobrażenie, że zasada ta jest jedna i jak aksjomat niepodważalna tylko dlatego, że jej właśnie, a nie żadnej innej hołduję. Tego, kto by tak pomyślał, przyrównać mógłbym do zagubionego w podziemiach poszukiwacza skarbów, któremu drogę oświetla jeno licha karbidowa lampka. Jej nikły płomyk pełga i filuje, a za chwil parę zgaśnie, pozostawiając pod powiekami nieszczęśnika wspomnienie światła i… świata.

Jakże zatem różnić się powinniśmy, o ile w ogóle, bo do tej pory pomijaliśmy tę fundamentalną kwestię? Rzecz oczywiście nie w tym, czy paletko na prawą, czy też na lewą stronę w jesienne ranki zapinamy. Nie bez kozery przywołuję ten staroświecki przykład. Współczesne technologie coraz częściej w imię rozwoju oferują rozwiązania, które  ujednolicają. Nikt wprawdzie głośno nie mówi, że sedno tkwi w dążeniu do powiększania rynków zbytu przy jednoczesnym ograniczeniu kosztów wytworzenia. Na sztandarach handlowców wypisane jest groźne, choć enigmatyczne hasło: Homogenizujmy! Niech nas nie zwiedzie to, że użyli atramentu sympatycznego, ani to, że stworzyli palimpsest, na którego wierzchu czytamy z wypiekami: wolność, równość i bogactwo. Wbrew nim różnijmy się żarliwie i bezbrzeżnie. I to jest ta prymarna zasada. Różnijmy się jak wczorajsza jajecznica z kiełbasą i polenta z piemonckimi truflami, jak brabancka frywolitka i frottowy śliniak. Różnijmy się bez żalu, bez wyrzutów sumienia, bez moralnego kaca, odważnie i niepoprawnie. Bądźmy odmienni do bólu i odporni na urawniłowkę, postulowaną przez proroków ery powszechnej konsumpcji. Dajmy im… prztyczka w nos. Co najmniej. Różnijmy się! Nie polezie orzeł w gówna! – to hasło z naszego sztandaru! Śmiało unieśmy go w górę!


Epilog pozakonkursowy

Uff, potrzebna chyba oliwa na te gargantuicznie wzburzone fale emocji. Pacem, pacem in terris, panowie i panie. Do serc, wszak niemal jednakich, przyjąć raczcie poniższą mitygującą cytatę :

Słońce spuściło głowę, obłok zasunęło
I raz ciepłym powiewem westchnąwszy,
                                                                      usnęło.

6.7.12

DBAJMY O DŁONIE!


W książeczce płynie rzeczka,
w książeczce szumi las,
w prześlicznych twych książeczkach
tysiące przygód masz.

Ta skoczna piosneczka pedagogiczna płynęła leciutko, wesolutko i przyjemniutko nad pagórkiem, nad laskiem, nad steczką, a płowe ogorzałe dzieciątka płci wszelakiej w kusych sukienczynach i przewiewnych i kto wie czy nie zafajdanych majtadałach żwawo wywijały nóżynami, rączynami i innymi dostępnymi organami, dając upust swej niespożytej energii i dowód całkowitej ignorancji muzyczno-tanecznej.

Lecz chroń i szanuj książki
i kartek nie rwij też.
Wpierw dobrze umyj rączki,
a potem książkę bierz.

PiotrEś stał ponuro z boku i łypał kaprawym okiem na swoje sękate graby, na te bochny zgrubnie spękane, czarne niemal jak matka ziemia na bratniej Ukrainie, o szponach krogulczych żałobą wżartą i leciwą zwieńczonych, łypał i w duchu z uporem maniaka połówkę stancy jak całą mantrę powtarzał:


   Bo ja się boję,
   Że się wybielę...



Refleksja nad kondycją własną i nieskrępowana reminiscencja koncertowa

Ten najpiękniejszy świat, wokal Ewa Bem, muzyka Jerzy Wasowski, ilustracje i projekt graficzny Elżbieta Wasiuczyńska, teksty piosenek: Wojciech Młynarski, Lucyna Krzemieniecka,Aleksander Rymkiewicz, Ludwik Górski, Jerzy Kierst, Anna Bernat, Roman Pisarski, Krystyna Parnowska, Hanna Zdzitowiecka, Krystyna Wodnicka, Omedia 2006.

29.5.12

Nie napiszę, chłopaki

- Napiszesz !?

Nie wiedziałem, czy to było pytanie, czy rozkaz. W każdym razie wyczułem wyraźny element perswazji. Niedobrze. Nie lubiłem być przymuszany. Budziło to we mnie bunt, który jednak musiałem w sobie teraz stłumić. Ze względu na okoliczności. Tłumiony bunt jest zły dla perystaltyki.

Nie odpowiedziałem, skupiając się na procesie trawiennym. Na szczęście zdążyłem zjeść śniadanie, śniadanie to podstawa, bo potem nie wiadomo, czy coś za dnia przypełźnie, a jeśli już, to kiedy. Świat jest nieodgadniony i gna wściekle na łeb na szyję, zostawiając mało czasu jego użytkownikom na prawidłowe reakcje. Chyba tak się świat użytkownikom odwdzięcza…

- Napiszesz !?

Ten krępy w czarnym garniturze, kusawym i wyświeconym, w czarnym śledziowym krawacie, rozchodzonych i raczej matowych mokasynach, nie dawał za wygraną. Nie potrafił uznać, że milczenie jest złotem. Przekrwione oczy, nieświeży oddech i wystrzępiony mankiet koszuli, który frędzelkami wysmyknął  spod rękawa marynarki – wszystko to wskazywało, że subtelność nie leżała w zakresie jego kompetencji. I przywiązanie do higieny. Chyba po latach odeszła od niego żona. Z młodszym. Cóż, taki zawód…

- Napiszesz !?

Teraz już nie było wątpliwości, perswazja zmierzała nieubłaganie w kierunku przemocy, bo krępy grzmotnął ręką w blat stołu tak mocno, że o mało paździerze się nie posypały. Zadrżało też lustro weneckie, którego tafla zakrywała niemal całą ścianę pokoju przesłuchań. Pomieszczenie po drugiej stronie musiało być większe, tu ledwo mieścił się stolik i dwa krzesła, a tam chyba loża z klubowymi ergonomicznymi fotelami, być może na piętnaście osób, w godzinach przedpołudniowych serwują truskawki i Dom Perignon 2008, koło południa dla podtrzymania koncentracji sznapsy z oliwką. A lunch à la carte, choć polecana jest specjalność tutejszej kuchni – duszona grasica. Do tego Chateau La Tour Carnet 2003 lub Chateau Larrviet Haut Brion rouge 2005. Cóż, służba trudna, wielogodzinna, wymagająca skupienia i umiejętności analitycznych. Coś za coś.

- Napiszesz ?

O, coś nowego. Głos zmienił się niespodzianie, nie był już napastliwy, wibrujący złością i emanujący nieskrywaną skrzekliwą antypatią. Był to miękki, niemal aksamitny baryton, dobrze postawiony, praca nad impostacją jednoznaczna. Leciutko zmiękczone er. Musiałem przeoczyć ten służbowy changement.

- Śpiewam trochę po godzinach w chórze.

Widocznie musiał się wytłumaczyć, imperatyw taki. I rozwinięta empatia. Nie zauważyłem, kiedy krępy wyszedł (pewnie zgłodniał i poczuł potrzebę spożycia BigSraca, tacy jak on za weneckie wstępu nie mieli), a na jego miejscu pojawił się drugi, też w czarnym, ale jakby mniej kusawym i wyświeconym, a buty na pewno miał wypastowane, choć też rozchodzone, bo inaczej usłyszałbym podmianę, nierozchodzone wszak skrzypią. Oczy miał przekrwione, ale przynajmniej o tym wiedział, bo nie dość, że założył okulary słoneczne, to nieudolnie siorbał kawę z tekturowego kubeczka przez dziurkę w przykrywce, a zdjęcie wieczka wydawało mu się niezbyt comme il faut, jak sądzę. Mnie też spontanicznie zaproponował siorba, ale pokręciłem przecząco głową. Na pewno dużo słodził.

- No napisz, co ci szkodzi…  My wiemy i tak o wszystkich. I o Gainsbourgu, i o Llosie, o Thubronie, Zagajewskim, Murakamim. Wymieniać dalej? No widzisz, wiemy…  Napisz i skończymy sprawę. I ja się męczę, i tobie czas niepotrzebnie ucieka…

Nawet było mi go trochę żal, może żona od niego jeszcze nie odeszła, może gdzieś tam w domku na przedmieściu czekały na niego dzieciaki, tak rzadko miał czas (bo jeszcze ten chór), żeby pograć z nimi w scrabbla albo mariobrosa.  Ale z drugiej strony był jednak przedstawicielem systemu. Nie prominentnym, poślednim, ale jednak. Nie mogło to pozostać bez pływu na moją decyzję.

- To co, namyśliłeś się? Napiszesz?

Pytał już bez przekonania, raczej zrezygnowany. Znów ominie go awans.

- Inter arma silent Musae.

To musiało być mocne. I było. Niemal zdziwiłem się pewnością mojego głosu. Żadnego zawahania, żadnej fałszywej nuty. Wstałem, minąłem chórzystę, nawet nie próbował mnie zatrzymywać. Otworzyłem drzwi, rzucając ostatnie spojrzenie w kierunku oniemiałej loży weneckiej. Ciemnawy korytarz sam powiódł mnie ku surowym betonowym schodom. Wiedziałem, że muszę iść w górę. Nie myliłem się. Już po kilkunastu stopniach poczułem świeży powiew wiatru i charakterystyczne odgłosy.

- Égalité.

Była już sesja popołudniowa drugiej rundy. Teraz na pewno nie napiszę….





Roland Garros, Internationaux de France 2012 (we współpracy z Czarną Serią Kryminałów Skandynawskich)

22.5.12

NIE MATURA...


ARKUSZ EGZAMINACYJNY

Egzamin maturalny nowy z literatury

Poziom nadnaturalnie podwyższony, acz nieporażający


Wstęp:

W związku ze zbliżającą 191. rocznicą urodzin oraz minioną 132. rocznicą śmierci wybitnego francuskiego dziewiętnastowiecznego literata, w większości prozaika, realisty i prekursora naturalizmu, autora utworów młodzieńczych, dojrzałych i niedokończonych, miłośnika płci obojga, niezrównanego kompana w podróżach orientalnych i skrytego w wiejskiej posiadłości nieożenionego i nierozmnożonego pupilka swej matki staruszki, słowem – Gustawa Flauberta, Naczelna Komisja Egzaminacyjna za temat tegorocznego egzaminu maturalnego z literatury obiera arbitralnie i po konsultacjach „Życie i twórczość Gustawa Flauberta bez względu na konsekwencje tychże”.

Naczelna Komisja Egzaminacyjna informuje ponadto, że niespodziewany atak hakerski na jej stronę internetową, którego skutkiem było zamieszczenie tamże obelżywych zapisów audiowizualnych, mających zdeprecjonować wysiłek pedagogiczny organu, nie wpłynie w jakimkolwiek stopniu na ocenę życia i twórczości rzeczonego Gustawa Flauberta.

W arkuszu egzaminacyjnym znajdują się pytania testowe, jednak Komisja celowo nie limituje liczby odpowiedzi w ogóle, w tym liczby odpowiedzi poprawnych, zgodnie z dyrektywą nakładającą obowiązek zwiększonej dbałości o niekompetentną kreatywność.

Czas na wypełnienie arkusza: relatywny w ujęciu newtonowskim.

Co było w posiadaniu Flauberta i zostało uwiecznione?
Ręka F.
Papuga F.
Choroba F.-Gustawa

Co zwykła mawiać papuga Flauberta? (proszę nie wracać do zadania poprzedniego)

Kaiser idiot
Apre nu le deluż
Była niema i ponadto wypchana

Kto był partnerem erotycznym Gustawa Flauberta przez czas jakiś (relatywny jw.)?

Madame de Pompadour
Madame Marysieńka Sobieska
Madame Luiza Colet
Monsieur Emil Zola

Gdzie zamieszkał Gustaw Flaubert, gdy wyniósł się z Paryża?

W Croisset koło Rouen
W Croissant koło Rue de Mme Pompadour
W Colosseo koło Ruchliwego Placu
W Coluszkach koło Młyna i Browaru

Na co zmarł Gustaw Flaubert?

Epilepsję
Syfilis
Apopleksję
I to, i to, i to

(Absolutnie proszę nie ufać przytoczonemu poniżej zapisowi, który nosi wszelkie znamiona apokryficznej mistyfikacji:

Flaubert zanurzył się w gorącej kąpieli, powiesił się w jakiś niewyjaśniony dotychczas sposób, następnie zszedł, ukrył sznur, powlókł się do gabinetu, padł na sofę, a kiedy przybył lekarz, postarał się umrzeć, udając przy tym symptomy ataku apopleksji.)

Jaką powieść częściowo napisał Gustaw Flaubert przed śmiercią?

Gargantua i Pantagruel
Bouvard i Pécuchet
Pompadour i markietanki
Gucio i Cezar

Kto jest niekwestionowanym autorem poniższego cytatu?

Kiedy jest się młodym, sądzi się, że starzy lamentują nad pogorszeniem się życia, gdyż w ten sposób łatwiej im umierać bez żalu. Kiedy człowiek się starzeje, zaczyna go niecierpliwić to, że młodzi tak entuzjastycznie witają każde najdrobniejsze ulepszenie – wynalezienie jakiegoś nowego zaworu lub koła zębatego – nie zawracając sobie przy tym głowy panującym na świecie barbarzyństwem.

Zbigniew Herbert
Conan Barbarzyńca
Julian Barnes
Emil Zola

Które z czterech zaproponowanych stwierdzeń wybierasz na temat rozprawki, którą napiszesz w najbliższym czasie (relatywnie jw.)?

1. Książki nadają sens życiu. Jedyny kłopot polega na tym, że nadają sens życiu innych ludzi, nigdy zaś twojemu.

2. Szczęście to szkarłatny płaszcz z podszewką strzępach.

3. Jedyna rzecz, która jest według mnie w dzisiejszych czasach bardzo dobra, to technika dentystyczna.

Jeśli dokonałeś wyboru, napisz rozprawkę (wstęp [1], rozwinięcie [2], zakończenie [3]).
Tu jest miejsce na Twoją rozprawkę:
[1] ………………………………………………………………………………………………………………
[2] …………………………………………………………………..…………………………………………
[3] …………………………..….............................................................…..

Dodatkowe punkty dodatnie zostaną przyznane za napełnienie sensem elementów składowych rozprawki, nonsens pozostanie wobec punktacji obojętny, bezsens natomiast zostanie nagrodzony punktami ujemnymi.

Naczelna Komisja Egzaminacyjna informuje, że wszelkie błędy i uchybienia formalne w arkuszu egzaminacyjnym są tylko i wyłącznie wynikiem niechlujnego składu komputerowego i niekompetencji drukarni, jednak wyłonieni w żmudnym procesie publicznego przetargu podwykonawcy nie dysponowali ani komputerem, ani maszyną drukarską, co w znaczący sposób przyczyniło się do obniżenia ceny usługi.

Naczelna Komisja Egzaminacyjna przeprasza zarazem, że nie była w stanie zamieścić w arkuszu klucza do pytań testowych, co może w znaczący sposób wpłynąć na powiększenie dysproporcji pomiędzy regionami zurbanizowanymi i cywilizacyjnie zaniedbanymi, jednak wyłonieni w żmudnym procesie….

Wiele radości z tej lektury.

Julian Barnes, Papuga Flauberta, Czytelnik 1992
i wydanie późniejsze

8.5.12

Teoria w praktykę przekuta

Kohana Pani Beatko, ja piszę do Pani Beatki, bo Mamusia muwi, że Pani jest dobra i ma dobre serce dla całego siwiata, to i dla mnie, nawet jak się woda Pani do kaloszy w amazoni naleje, a ja się czasem wtedy wnerwiam, bo jeszcze taka dobra jak Pani to nie jestem, ale chciała bym być jak troszkę dorosnę. I Pani Beatka to hce żeby dla siwiata tesz było dobrze. Narazie to Moja Mamusia jeszcze samej mnie daleko nie puszcza, bo mówi, że jestem cholerna fryga, a ja nie wiem co to jest, ale myślę, że coś dobrego, bo inaczej Mamusia by tak niemuwiła, bo ja Mamusię kocham i Ona gotuje mi często na obiad ogurkową, bo wie, że lubię ją bardzo, ale bez śmietany, tylko z masełkiem, bo dobre na oczy.

To Moja Mamusia mi podpowiedziała, żebym napisała do Pani list, bo Pani to zawsze gdzie indziej jest, a list to nawet poczeka w jednym miejscu i jak Pani Beatka wruci to go znajdzie napewno, bo Pani jest dobra dla wszyskich, tak muwi Moja Mamusia. Ja jeszcze nie umiem bardzo listów pisać, tylko do świętego mikołaja ale to tylko w zimie i ja już od dawna wiem, co bym hciała, a teraz to mi Moja Mamusia bardziej powie, bo jest dopiero wiosna.

Bo ja bym hciała z Panią Beatką do amazoni pojechać. Sama na to piniąszków nie uzbieram, bo nawet jak pomidorka do kanapki nie hcę, to nic nie zaoszdżedzam. I Mamusia muwi, żeby uwarzać z piniąszkami, bo mają na sobie jakieś bakusie i do buzi łap wkładać nie trzeba z tymi bakusiami. Się troszkę dziwię, bo gdzie ja mam niby bakusie wkładać, ale ja jeszcze nie wszystko wiem, a w amazoni z Panią Beatkom to się dowiem napewno.
Ja tylko troszkę piniąszków potrzebuję, tylko na smartfona z andropoidem czy jakoś tak, bo Zuzia ma ajfona też z tym andropoidem, to byśmy się dzwonkami wymieniły przez plututa, bo ona ma fajne, bo jej wujek pracuje w telefonie plej i muwi ludziom że plej jest najfajniejszy i ma rację.

A Tatuś nawet powiedział, że jak Pani mnie weźmie do amazoni i się sprawdzi i się polubimy w tej amazoni, to on nawet się z Panią orzeni, bo muwi, że to wstyd, żeby laska się marynowała w dżungli czy jakoś tak, chociasz pokręcona. Ja o lasce za dużo nie wiem, dziadek miał jedną, ale już nie żyje, a jak żył, to go trochę nie słuchałam, bo pluł jak muwił. Ale laske i tak miał. Ale ja sobie myślę, że Pani to by nie chciała się z Tatusiem orzenić, bo on dużo piwa pije, a jak teraz będzie euro koko, to nawet pewnie więcej z kolegami, to i Moja Mamusia jest wkurzona i może się też nie zgodzić przeciesz.

Bo ja tesz lubię zwierzątka jak Pani Beatka, a kota Zuzi to tak miłośnie pogłaskałam niedawno, że nawet chciał zwiać, to go troszkę przycisłam do ziemi, a on to lubił bardzo raczej, bo aż prychał z radości a potem jeszcze pod szafę wlaz się dalej cieszyć i trzy dni wyleść nie chciał. A Zuzia mi powiedziała, że już wcześniej był trochę nieżywy i dała mi potrzymać na trzy minuty swojego ajfona z fajnymi dzwonkami i tym tam komunikantem przez internet plej.

Od indianów tesz bym się hciała uczyć, chociaż indiany to są bardziej dla chłopaków, a dziewczyny to wolom tamagoczi, ale tamagoczi to w japoni mieszkają, Zuzia mi powiedziała, a Pani Beatka tam teraz chyba nie jedzie bo w amazoni fajniej i nie ma trzęsienia ziemi.

Pani Beatko, tylko niech Pani Beatka nie zapomni, że kupę to ja hcem robić bez pająków, bo ich nie lubie, kiedyś robiłam kupę w takiej budce na wsi z pająkami i chaczykiem to było mi trudno bardzo i już tak nie lubie więcej. Ale w amazoni to są jakieś luckie kible raczej u indianów nie?

I niech się Pani Beatka nie martwi, końca świata teraz nie będzie, chociasz te maje policzyli, że ma być 21 grudnia w tym roku, ale maje umarły jak mój dziadek i tylko jakieś sznurki czy coś po nich zostało, a co komu po sznurkach, jak do gwiazdki tak blizko od grudnia i może się doczekam, że tego smartfona dostanę, bo już bardzo długo czekam przeciesz.

Pani Beatko, bo ja nie hcem, żeby mi się fałszywe kody w podświadomości zapisały, co musi się wydażyć, jak mnie Pani do amazoni nie weźmie ze sobom, bo Moja Mamusia to mnie kocha i ogurkową gotuje, ale hce, żebym śmieci wynosiła codzienie i nie siedziała za długo w łazience, bo inni też potrzebują, a ja tam siedzę, bo też potrzebuje i inni mnie tylko stresują i mi krzywo przedziałek wychodzi. Bo z nauki to ja mam dobre stopnie, tylko jedna dwuja na semestr, ale w tym tygodniu wyciągne napewno.

A ja mogę też sobie wytatułować łanie, bo o niej w radiu słyszałam, jak Pan Artur śpiewał, i fajnie mi będzie z łaniom jak Pani Beatce z węrzem. Tylko niech Pani Beatka Mamusi nie powie, bo w dupe dostanę.

Mamusia to da mi na drogę awiomarin, bo nie wiem, jak do tej amazoni jest daleko, ale Zuzia muwi, że daleko, to lepiej wezmę, bo inaczej to Pani do kaloszy nażygam i będzie kłopot jak z dziadkiem jak żył bo miał obszczykapcie bo blisko sikał, a po piwie co je z Tatusiem wypił, to nie tylko blisko ale i co chwila. Ale awiomarinu nie brał bo to hemia piepszona muwił.

To ja jusz nie piszę więcej tego listu, bo się namęczyłam tylko Panią Beatke koham bardzo, a bilet do amazoni to niech Pani pszyśle na ten adres co na kopercie styłu. Najlepiej odrazu w tym tygodniu. Tszymam za słowo Pani Beatko i pozdrowienia od Mojej Mamusi pszesyłam.


Beata Pawlikowska, Teoria bezwzględności, czyli jak uniknąć końca świata, G+J 2012

27.4.12

Mrogi Drożku! Biały Szejku!


Dzienniczek ucznia Staszka Lema, klasa III A, Gimnazjum im. Karola Szajnochy we Lwowie, rok szkolny 1936/37

Do Szanownego Pana Doktora Samuela Lema

Szanowny Panie Doktorze,
zatroskany wielce Pańskim synem Stanisławem z wielkim bólem zmuszony jestem zawiadomić, że syn Pański Stanisław ostatnimi czasy stanowczo mniej uwagi do nauki przykłada niż onegdaj bywało, za to coraz częściej głowę jego zaprzątają praktyki zgoła nieprzystające dziecku z tak poważanego domu pochodzącego jak Pański, Panie Doktorze.  Chociaż pełen atencji jestem dla Pana Doktora i dokonań Jego na niwie zwalczania schorzeń laryngologicznych, nie mogę milczeniem pominąć korespondencji, jakiej dopuścił się syn Pański Stanisław, a jaka losu zrządzeniem w ręce moje wpadła, i Bogu niech będą za to dzięki.
Racz Pan zatem, Panie Doktorze, uwagę baczniejszą na syna swego obrócić, aby w przyszłości myśli jego ku sprawom bardziej godnym się skierowały, niźli te, o których wspomina w pisaniu swem do kolegi, które to pisanie jako dowód dołączam.

Jakże przykro pomyśleć, że się razem na przełomie lat nadchodzącym pospołu nie spijemy i nie będziesz mógł pień moich usłyszeć, jako i ja Twoich w żaden sposób.

Z szacunkiem
Antoni Karabela-Cieślewski
wychowawca

(list z 1959, Kraków, s. 22)


Dzienniczek ucznia Sławka Mrożka, ucznia I Liceum Ogólnokształcącego im. Bartłomieja Nowodworskiego w Krakowie, rok szkolny 1946/47

Do obywatela Antoniego Mrożka
w/m

Szanowny Panie,
zatroskana Pańskim synem Sławomirem z bólem zmuszona jestem zawiadomić, że syn Pański Sławomir ostatnimi czasy stanowczo mniej uwagi do nauki przykłada niźli wcześniej, za to coraz częściej głowę jego zaprzątają myśli nieprzystające dziecku z porządnej robotniczej rodziny pochodzącemu jak Pańska. Jako urzędnik pocztowy rozumie Pan z pewnością, że akuratność w dziedzinie nauki jest cechą tak samo pożądaną, jak w dziedzinie dostarczania przesyłek oraz przekazów pieniężnych, przekazów zwłaszcza. A na akuratności synowi Pańskiemu Sławomirowi zbywało, gdy na prowadzonej przeze mnie lekcji biologii, zapytany przy katedrze o obyczaje ptaków polskich łąk i lasów, udzielił następującej odpowiedzi:

Zobaczyłem, jak mały ptaszek leciał po drzewie p i e c h o t ą spory kawał, główką dół, zamiast oblecieć dookoła za pomocą skrzydełek.

Liczę na Pańską współpracę wychowawczą, mającą zapobiec niematerialistycznemu postrzeganiu świata organicznego.

Apolonia Koszkiewicz
nauczycielka biologii

(list z 25.04.1960, Sobieszów, s. 31)


Nota przesłana przez Stanisława Lema, autora poczytnych wśród młodzieży książek fantastyczno-naukowych, do tygodnika „Auto” na prośbę redakcji – głos w sondzie pod tytułem „Moja przygoda z motoryzacją, czyli znani ludzie na czterech kółkach”:

Najwyższym zrządzeniem, czyli Summis Auspiciis, dostałem fiata 1800. Ach! Było to jak sen. (…) Mruczy niesłyszalnie, rozkosznie się giba, ciepło, wykwintny – aż tu zaczęło coś do mnie z tablicy mrugać czerwono. Ciśnienie oleju. Katastrofa. NUL. Autobus do Grójca, i odtąd Polska powiatowa bratnią rękę wyciągnęła ku nam – cudownie! Spółdzielnia Wielobranżowo-Usługowa Rzemieślniczych Napraw Samochodów, młodzi ludzie pełni ideowości. Ideowa młodzież grójecka nie chciała wziąć ani grosza.

(list z 10.02.1965, Kraków, s. 384-385)


Nota przesłana przez Sławomira Mrożka, autora zbiorów opowiadań oraz popularnego rysownika satyrycznego, do zachodnioberlińskiego tygodnika „Das Auto” na prośbę redakcji – głos w sondzie pod tytułem (w tłumaczeniu) „Auto w Europie Wschodniej – rzeczywistość i marzenia”:

Nigdy nie lubiłem tego samochodu (octavii). Wydawał mi się zawsze za długi, za wąski, zbyt pretensjonalny w rzeźbie, ugzymsowiony, z tyłu szczątkowe ogonki, nieśmiałą aluzja do amerykanizmu, kompromis między Partią i Rządem a wymogami eksportu. Ale rzecz polega zdaje się na mojej głębokiej miłości do VW.

(list z 25.01.1963, Warszawa, s. 214)


Notatka służbowa kapitana Feliksa Kowalskiego, Ministerstwo Spraw Wewnętrznych, Departament III do spraw walki z działalnością antypaństwową w kraju, do akt ob. Stanisława Lema, literata, zam. w Krakowie, przebywającego czasowo za granicą na paszporcie polskim.

Ob. Stanisław Lem, przebywając na paszporcie polskim za granicą Polskiej Rzeczpospolitej Ludowej, w poczuciu bezkarności podjął korespondencję, w której przekazywał opinie każące wzmóc czujność oraz objąć ob. Stanisława Lema obserwacją. Po powrocie do kraju konieczna będzie stanowcza rozmowa wyjaśniająca z ob. Stanisławem Lemem oraz objęcie zakazem wydawania paszportu.
Do akt dołączam treść pozyskanej w trybie operacyjnym korespondencji:

Sytuacja u nas jest okropna i tak zgniła, jak nigdy w 50-tych latach – kiedy panował ten Porządek Święty, choć Potworny. Teraz jest potworne Gnicie, Smród, Zakłamanie Jawne i Bałagan, plus takie sprostytuowanie środowiska, że to, za co dawniej Bierut złote zegarki, attachaty i ordery dawał, dziś się robi za parę groszy.

(list z 28.11.1969, Berlin, s. 669)


Notatka służbowa majora Edwarda Czerwińskiego, Ministerstwo Spraw Wewnętrznych, Departament B obserwacji zewnętrznej, do akt ob. Sławomira Mrożka, literata, zam. uprzednio w Chiavari, Włochy, aktualnie w Paryżu, Francja, przebywającego za granicą z pozbawionym ważności paszportem polskim.

Ob. Sławomir Mrożek, przebywając na paszporcie polskim za granicą Polskiej Rzeczpospolitej Ludowej (ważność paszportu wygasła), w poczuciu bezkarności podjął korespondencję, w której przekazywał opinie każące wzmóc czujność oraz objąć ob. Sławomira Mrożka obserwacją. Po ewentualnym powrocie do kraju konieczna będzie stanowcza rozmowa wyjaśniająca z ob. Sławomirem Mrożkiem oraz objęcie zakazem wydawania paszportu. W przypadku uporczywej odmowy powrotu do Polskiej Rzeczpospolitej Ludowej wnioskuję o dokonanie zapisu w rejestrze Głównego Urzędu Kontroli Prasy, Publikacji i Widowisk – ze względu na antypaństwowe, wysoce szkodliwe społecznie oraz szkalujące naczelne organy opinie i poglądy.
Do akt dołączam treść pozyskanej w trybie operacyjnym korespondencji:

Nie, nie proponowano mi żadnego paszportu, ani konsularnego, ani żadnego innego. Od chwili kiedy mi paszportu odmówiono i kazano natychmiast wracać do Polski, nie miałem i nie mam z nimi żadnego kontaktu (…) Pomyśl, przyzwyczaili się do tego, że są dawcami WSZYSTKIEGO, a więc że każdy jest od ich DAWANIA zależny, że każdy MUSI mieć do nich jakiś interes, który oni albo załatwią, albo nie załatwią, albo obiecają, albo itd., w każdym razie, że DYSPONUJĄ. Nie są przyzwyczajeni do tego, że można ich mieć po prostu, zwyczajnie i całkowicie w dupie, w swobodnym, niezależnym od nich układzie.

(list z 26.11.1969, Paryż, s. 672)


Stanisław Lem zmarł w Krakowie 27 marca 2006 roku.

Sławomir Mrożek mieszka w Nicei, za korespondencję ze Stanisławem Lemem otrzymał Nagrodę Polskiego PEN Clubu im. Jana Parandowskiego.

Autor dziękuje rodzinie Stanisława Lema i Sławomirowi Mrożkowi za udostępnione listy, dziękuje też Archiwum Akt Nowych, Biuru Wycinków Prasowych GLOB (w likwidacji) oraz Instytutowi Pamięci Narodowej.

(27.04.2012, Warszawa)


Lem-Mrożek, Listy, Wydawnictwo Literackie 2011

23.4.12

Światowy Dzień Książki – nostalgiczny wpis okolicznościowy

We współczesnym świecie niewiele się zdziała, jeśli umiejętnie nie zadba się o autopromocję. Zatem i ja, usprawiedliwiony, bo przymuszony okolicznościami, muszę się jakoś podpromować. I nie jest to trudne i niewdzięczne zadanie. Wszak gdy ma się już kilka lat więcej, można z czystym sumieniem chwalić się tym, co jeszcze działa, a jeśli działa znośnie, ba, doskonale nawet, to grzechem byłoby to przemilczeć. Otóż jeśli o mnie chodzi, nie mogę narzekać na PAMIĘĆ. I nie omieszkam z tego skorzystać.

Było to jeszcze w minionej epoce, szkoła podstawowa miała osiem klas, a uczniowie nawet nie myśleli o buncie wobec fartuchów szkolnych, i tych z popeliny, i tych praktyczniejszych, acz nieprzewiewnych - ze stilonu. Nauczycie budzili w większości respekt, a niektórzy nawet mieli autorytet. Byłem w piątej klasie. Co prawda arytmetycznie piąta klasa to już druga połowa podstawówki, ale z nieznanych powodów klasy od szóstej do ósmej nazywane były starszymi. Poniżej – wciąż było się gówniarzem. No chyba że miało się ponadprzeciętne umiejętności w grze w nogę. Ja byłem przeciętny, choć się starałem.

W tejże piątej klasie, w której najcudowniejszym posiłkiem dnia był kupiony na długiej przerwie w pobliskim spożywczaku chlebek turecki z rodzynkami, popijany prosto z butelki mlekiem niepasteryzowanym ze srebrnym kapslem, nastąpiły dwa istotne wydarzenia.

Pierwsze wydarzenie to narodziny chomików. Chomiki urodziły się w pracowni biologicznej, a pani od biologii, której znakiem rozpoznawczym była szyja usiana dziesiątkami kurzajek (dlatego nawet w upały nosiła bluzkę bez rękawów, ale z golfem), postanowiła obdarować chomikami tych uczniów, którzy przynieśli od rodziców pozwolenie i których reputacja pozwalała przypuszczać, że zwierzaki umrą śmiercią mniej więcej naturalną. Znalazłem się w gronie szczęśliwców i oto miałem swoje pierwsze własne stworzonko, któremu raz w tygodniu zmieniałem w akwarium posłanie, czyli wióry wyciągnięte z porzuconych na zapleczu sklepu z gospodarstwem domowym pudełek. Chomik w dzień spał, w nocy nieustannie próbował wydostać się z akwarium, a wypuszczany od czasu do czasu na przebieżkę po mieszkaniu – przegryzał kable i walił kupy za meblami. Aha, w dodatku był albinosem, czyli miał czerwone oczka i śnieżną sierść. I żółte zębiszcza. I wole. I mikry łysy ogonek. I lubiłem go bardzo. Może dlatego, że byłem pewien, że i on mnie lubi.

Drugie wydarzenie to obowiązkowa lektura „Sposobu na Alcybiadesa” Niziurskiego i jej reperkusje. Pani od polskiego, której córka Jaga chodziła do tej samej szkoły, budziła respekt, bo skoro córka to Jaga, więc matka na pewno Baba. Mieliśmy się na baczności i staraliśmy się z nią zbytnio nie zadzierać, choć nie było łatwo, bo była wymagająca. Nie tak jak jędza od matmy, ale jednak. Kazała napisać z dnia na dzień (tak, tak, a soboty to nie były wcale dni wolne od nauki, dinozaury podchodziły wieczorami zgłodniałe pod osiedla, a władza plemienna triumfalnie ogłaszała, że wkrótce zlikwiduje permanentny deficyt papieru toaletowego, jednak nic nie mówiła o zlikwidowaniu innych permanentnych braków) wypracowanie na co najmniej 3 strony zeszytu w jedną linię z marginesem 2 cm pod tytułem „Zemsta Szekspira – czy Ciamcia i inni wyjdą na ludzi?”. Napisałem na 6 stron, czasami nawet ignorując margines. Ślepy traf zdarzył, że następnego dnia zostałem wytypowany do głośnego odczytania pracy w klasie.  Czym dłużej czytałem, tym bardziej twarz pani Baby robiła się czerwona. Nie wiedziałem, o co chodzi. Pozwoliła wybrzmieć ostatniej kropce (z interpunkcją nie miałem kłopotów), zerwała się gwałtownie od biurka i niemal wyrwała mi zeszyt z rąk. Sytuacja była nerwowa. Okazało się, że zostałem podejrzany o plagiat. Bo pisałem językiem Niziurskiego, podchwyciłem jego styl. Pani Baba wertowała „Sposób na Alcybiadesa”, za wszelką cenę chcąc znaleźć fragment, który ponoć przepisałem żywcem z powieści. Oczywiście nie znalazła, dostałem piątkę (było to czasy obowiązywania skali od 2 do 5) , zostałem przeproszony, a na koniec pochwalony przed klasą za wyjątkowe uzdolnienia. Na przerwie pobili mnie za to dwaj drugoroczniacy, bo nie lubili tych chwalonych i dbali o zachowanie równowagi w przyrodzie.

Dziś jest obchodzony Światowy Dzień Książki. Przez domniemanie chodzi przede wszystkim o książkę literacką, bo celem święta jest promowanie czytelnictwa. Data nieprzypadkowa, bo jak dowiaduję się ze źródeł dobrze poinformowanych, 23 kwietnia zmarli Cervantes i Szekspir (choć Anglik według kalendarza juliańskiego, a Hiszpan według gregoriańskiego, niezła manipulacja). Cóż, nikt nie jest wieczny, nawet takie tuzy. No i wielu ma dziś coś do powiedzenia na temat książek. Mam i ja. Od tej piątej klasy piszę o książkach, których niemal nikt poza mną nie czyta. Robię tak do dziś, co może świadczyć o pewnym niedorozwoju przysadki. Jeśli mi ktoś zarzuci to schorzenie, z pokorą głowę pochylę i w pierś się uderzę.

I tak w ten Światowy Dzień Książki myślę sobie, czy nie lepiej byłoby jednak hodować chomiki, które może zbyt mądre nie są, ale nie zmuszają do nadmiernego wysiłku. Chomik w dzień śpi, w nocy hasa, wole napycha i daje się lubić. I nikt niczego więcej się po nim nie spodziewa. Chomik zatem nie może rozczarować. Oj, gdybym o tym wiedział, kiedy byłem w piątej klasie…