Jeśli jesteś niekompetentny, nie możesz wiedzieć, że jesteś niekompetentny. Umiejętności, których potrzebujesz, by wyprodukować dobrą odpowiedź, są tymi samymi umiejętnościami, których potrzebujesz, by rozpoznać, czy rzeczywiście jest dobra.


David Dunning, profesor psychologii na Uniwersytecie Michigan


Jedną z bolesnych rzeczy w naszych czasach jest to, że ci, którzy czują się pewnie, są głupi, a ci, którzy mają jakąkolwiek wyobraźnię i zrozumienie, są przepełnieni wątpliwościami i niezdecydowaniem.

Bertrand Russell, brytyjski filozof


Ignorancja częściej jest przyczyną pewności siebie niż wiedza.

Charles Darwin, brytyjski przyrodnik

W czasach, gdy wiele mówi się o zespołach czy syndromach (ostatnio w nader dosadnych słowach), warto przypomnieć też o efekcie Dunninga-Krugera. Jednak człowiek to istota ze wszech miar ułomna. A niektórzy są nawet ułomniejsi.


30.1.12

Szkice szczęśliwie bez aparatu


Od: Molto_laboro@homoviator.it
Do: Unnamed_recipient@recipient.eu

W imieniu ogólnokrajowej firmy badawczej zwracam się z prośbą o wypełnienie załączonej ankiety-quizu. Zajmie to od 3 do 43 minut w zależności. Za udział w ankiecie-quizie nie przewidujemy żadnych gratyfikacji poza tymi, które pojawią się w sposób niespodziewany.

Włącz monitor i sprawdź, czy widać na nim falujące na wietrze pióropusze palm, rzucających cień na plażę i błękitną rozsłonecznioną lagunę. Jeśli tak, kontynuuj. Jeśli nie, kontynuuj również, acz pogrążony w dyskomforcie wizyjnym.

Włącz głośniki i sprawdź, czy słychać szum morza i szmer przesypującego się między palcami gorącego piasku. Jeśli tak, kontynuuj. Jeśli nie, kontynuuj również, acz pogrążony w dyskomforcie fonicznym.

Płeć, wiek, miejsce zamieszkania, wyznanie, rasę, preferencje - zachowaj dla siebie na lepszą okazję.

Odpowiedź twierdząca   1 punkt
Odpowiedź przecząca    0 punktów
Odpowiedź wymijająca  -1 punkt

Pytanie 1
Czy znasz język włoski lub inny pokrewny po mieczu lub kądzieli?  TAK  NIE  PONIEKĄD

Pytanie 2
Czy znasz język polski w mowie i piśmie?  TAK  NIE  PONIEKĄD

Pytanie 3
Czy znasz następujące osoby (możesz pomylić się o trzy)?
Goethe, Sterne, Stael, Byron, Chateaubriand, Stendhal, Iwaszkiewicz, Gombrowicz, Mann T., Brandys K., Herbert, Muratow, Matvejewič, Calvino, Zagańczyk, Pessoa, Coelho, Citati, Magris, Mayes, Meyer, Svevo, Steel, Eco, Tabucchi, Sciasia, Lampedusa, Barrico, Ugniewska
TAK  NIE  PONIEKĄD

Pytanie 4
Czy jakieś nazwiska nie pasują do powyższej listy (właściwie nie możesz się pomylić)?
TAK  NIE  PONIEKĄD

Pytanie 5
Czy męska rzecz być daleko, ergo w podróży być? TAK  NIE  PONIEKĄD

Pytanie 6
Czy potrafisz zsumować uzyskane punkty? TAK  NIE  PONIEKĄD

Jeśli na ostatnie pytanie udzieliłeś odpowiedzi twierdzącej (TAK), i tylko w takim przypadku!, to zsumuj te punkty choćby dla przyzwoitości i:

- jeśli uzyskałeś od 0 do 3 punktów, jesteś gościu/gościówa z potencjałem, a skoro stać Cię na więcej, to się jeszcze przyłóż, bo nie wszystko jeszcze stracone;

- jeśli uzyskałeś wynik ujemny, to my spuszczamy na to zasłonę, a ty zakasujesz rękawy (ewentualnie kiecę) i raz jeszcze udajesz się na poszukiwanie tego miejsca, gdzie ponoć rozum rozdają;

- jeśli uzyskałeś wynik od 3 punktów w górę ku nieskończoności, to autorzy ankiety-quizu automatycznie się od Ciebie odżegnują w obawie, że utracą status najmądrzejszych w regionie Szerokiego Śródziemnomorza, a to może skutkować niespodziewanym rozwojem podagry lub nagłą ekspansją półpaśca;

- jeśli uzyskałeś wynik, który nie mieści się w żadnej z powyższych kategorii, zresetuj komputer i postępuj zgodnie z instrukcją ze wstępu – bez względu na interpretację tego czynu w świetle  ACTA.

Dziękujemy za udział w ankiecie-quizie.
W razie jakichkolwiek pytań lub wątpliwości odsyłamy do:
a/ diabła
b/ Joanny Ugniewskiej
c/ Berdyczowa przez Szypliszki
TAK  NIE  PONIEKĄD

W przypadku wyboru odpowiedzi b, rekomendujemy:
Joanna Ugniewska, Podróżować, pisać, Zeszyty Literackie 2011
(z gorącym podziękowaniem za odrzucenie precz tytułowego aparatu naukowego, bo bez niego raźniej, grazie).

13.1.12

Jest GRANICA, której przekroczyć nie można

To miała być jego ostatnia robota. Tak postanowił. A postanowień dotrzymywał. Musiał zrobić miejsce młodszym, przecież wcześniej czy później i tak by go wygryźli. Już od dość dawna żył poza głównym nurtem, dokładnie od momentu, gdy przeniósł się do Wołomina, gdzie za nieduże pieniądze kupił stary dom, do kapitalnego remontu, który w okolicy nazywany był domem koło torów. Fakt, do stacji były jakieś dwa kilometry. Dwa kilometry, jednak po niewłaściwej stronie Wisły. Od bijącego serca stolicy oddzielały go albo coraz bardziej nieczynne przeprawy mostowe, albo nieustanny chaos w rozkładach jazdy pociągów.

Gdy przed miesiącem zadzwonił telefon, nie miał złych przeczuć. Cóż, kiedyś szczycił się tym, że ma profetyczną intuicję. Kiedyś… Bez obaw odebrał sądząc, że chcą mu znów zaoferować bezpłatne badanie krzywizn kręgosłupa połączone z degustacją dań powstałych w naczyniach z duraluminium pokrytym tytanem lub zakup dywanu wraz z darmową prezentacją możliwości elektronicznego autostabilizującego urządzenia czyszczącego, którego nikt nie odważyłby się nazwać odkurzaczem. Sądził, że opanował niełatwą sztukę asertywności. Czyżby?

Dzwonił X, znali się od bardzo dawna, ale nie widzieli niemal równie długo. X poprosił, żeby wziął tę robotę. Oczywiście szczegółów nie mógł podać przez telefon, ale już teraz była mu potrzebna zgoda. Nalegał. Przepraszał, że tak niespodziewanie, tłumaczył, że ktoś nawalił i trzeba było uruchomić plan awaryjny. Szantażował emocjonalnie: przecież stara gwardia nie może zawieść. Zaklinał na pamięć tych, którzy odeszli, bo się przedwcześnie wypalili. Dobrze, niech będzie, zgoda. Biorę.

Wtedy postanowił, że to będzie ta ostatnia robota. Nie lubił działać tak bez planu, bez przygotowania, ad hoc, bo życie zmusza i tyle. A gdzie wolna wola? On zawsze cenił profesjonalizm, co oznaczało skuteczność popartą systematyczną pracą. Bardzo cenił „Traktat o dobrej robocie”. Kotarbiński do niego przemawiał, czasami do spółki z Douglasem McGregorem.

Minął miesiąc. Dom przy torach wciąż stał, mimo że nieodmiennie nadawał się do kapitalnego remontu. Przy niedomykającym się oknie stało tanie biurko z płyty wiórowej jonas (okleina brzoza, 399,99). Przy biurku stało tanie krzesło bertil (buk, 129,99) z poduszką iris (taśma z rzepem, 14,99). Na biurku leżała wysoka pryzma papierów. Ktoś z wprawnym okiem mógłby ją szybko oszacować na jakieś 5 ryz (80 g/m2, 5 x 10,89). Wszystko to razem 599,42. Brutto. Nie tak wiele. Siląc się na dowcip, można powiedzieć, że za mało, żeby żyć, a za dużo, żeby umrzeć. A jednak…

Siedział przy biurku, jakoś dziwnie o nie wsparty. Czy przygiął go jakiś nagły ból? Wrzody? Czy też znienacka naszła go chęć drzemki? Tylko mały kwadransik? Ale nie jęczał. Ale nie oddychał. Tylko tak się wspierał nieruchomo. Gdyby stanąć za nim, za plecami, to prócz tonsurki można byłoby zobaczyć, że na wierzchu stosu leży kartka, a na niej Nałkowska albo życie pisane. Czarne wyraźne litery (Times New Roman, 18 punktów) na śnieżnym tle. A obok ręcznie, też wyraźnie, ale na czerwono:

Skrócić!

Skrócić!!!

Skró


To była jego ostatnia robota. Tak jak postanowił. A postanowień dotrzymywał.
Przejechał pociąg, zabrzęczała szyba…



Hanna Kirchner, Nałkowska albo życie pisane, W.A.B. 2011, s. 896

9.1.12

O świętym, któremu nawet guziczki niezbyt wadziły

Razu pewnego święty Piotr przechadzał się niespiesznie po łąkach niebieskich. Nie to, żeby nie miał nic do roboty, bo tej był huk jak zawsze, ale jako że lata miał już święty swoje na karku, a ostatnimi czasy wielce się natrudził przy bramach niebiańskich, bo wielu, bardzo wielu do nich kołatało, zostawił obowiązki na trochę swoim anielskim pomagierom, kompetentnym, acz o estymie nieporównywalnej. Umyślił sobie, że spacer siły mu przywróci i nowy blask w oczach zapali.

Szedł zatem święty Piotr, starał się uwagi na siebie nie zwracać szczególnej, z oddali nasłuchiwał odgłosów próby chóru serafinów, który szlifował nowy repertuar, bo co tysiąc lat wypadało rutynę śpiewaczą naruszyć i dać szansę zapaleńcom z zaplecza.

Łąki niebieskie bezkresne, zatem kontent był święty, że jak na razie żadnej duszy zbłąkanej nie napotkał, bo zasłużony odpoczynek mogłoby to mu przerwać. Jednak szczęście nawet w niebiosach nie trwa wiecznie. Bo oto dostrzegł, że ktoś człapie w jego stronę. Skryć się nie było gdzie, poza tym to niehonorne zachowanie, zatem chcąc nie chcąc na powitanie się gotował, choć towarzystwo teraz niezbyt mu w smak było. Lekka mgiełka nad łąkami się unosiła, więc zrazu sylwetki nie rozpoznał, choć człapanie rozchodzonych buciorów coś mu na myśl przywodzić zaczęło.

No się nie mylił, po chwili już miał pewność wszelaką. I uśmiech twarz mu rozświetlił, taki od ucha do ucha, że nawet przez siwą bujną brodę się przedarł.

– Janku drogi! – zwołał i ręce rozwarł, ażeby spotkanego serdecznie uściskać (a zarazem z rybackiego nawyku to uczynił – by mu się zdobycz nie wymknęła).

– Wszelki duch Pana Boga chwali, nosi cię jak zwykle, usiedzieć w miejscu nie możesz, eremitą nigdy nie byłeś, co prawda to prawda…

To mówiąc, spotkanego do piersi patriarszej a słusznej przygarnął i po bratersku uściskał.

– Rad jestem, żem Cię dziś spotkał przy świetle dziennym, bo wszak Twardowski jesteś i raczej blask lunarny miłować powinieneś. Ha, dobrze powiedziane, przyznaj księże prałacie?
­

– Święty Piotrze, powiedziane wybornie. I ja się cieszę z tego naszego spotkania. Ale siądźmy gdzieś na chwilę, proszę, bo nogi już mnie bolą. Odetchnijmy, bo i Ty, jak mi się widzi, sterany jesteś ociupinkę.
­

– A siądźmy, siądźmy, Janku. Mam nadzieję, że próba chóru wnet się zakończy i spokój święty zapanuje. Jak słyszę, spierają się tam teraz, czy excelsis bardziej z włoska należałoby wyśpiewywać, co brzmiałoby jak "ekczelzis", a ja jednak do łaciny klasycznej, łaciny wulgaty przywiązany jestem. Tak czy siak, skończą wkrótce, bo ile o takiej du… drobiazgu bajtlować można.

Ksiądz Twardowski głową pokiwał na znak, że się ze świętym w rozciągłości zgadza.  Przycupnął na obłoczku, który w sam raz usłużnie podpłynął. Święty Piotr hycnął na obłoczek obok i obaj kontenci nogami w powietrzu zamajtali.

Pomilczeli chwilę, ksiądz z szacunku dla starszego wiekiem i rangą niebieską, a święty z namysłu, bo spraw kilka do księdza się zebrało i musiał wybrać, od czego by tu zacząć.
­

– Guziczki, Janku – powiedział wreszcie święty.
­

– Guziczki? ­– zdumiał się prałat. ­– Co z guziczkami?
­

– Janku, krzywo zapięte. Jak zawsze guziczka do dziurki dopasować nie potrafisz.
­

– Aaa, cóż, spieszyłem się dziś rano, było co nieco do załatwienia, dusz znajomych kilka chciałem odwiedzić, a i do oddziału kobiecego zajrzałem, bo wizytki moje pisały, że stęsknione kazań, że tyle zeszytów w kratkę przygotowały, na zmarnowanie pójść nie powinny.

– No tak, obowiązki przede wszystkim, a już wobec siostrzyczek… Nie ma co gadać. A właściwie to jest o czym. Bo wiesz Janku, doszły mnie wieści stamtąd, z dołu, że księgę tam wydano nielichą, w której wiele o Tobie, wszystko zgoła niemal napisano. No i nazwano Cię tam Ksiądz Paradoks. Magdalena Grzebałkowska to uczyniła.

– Grzebałkowska, mówisz święty Piotrze? Nie pamiętam, chyba nie poznałem. Wnuczek przyszywanych kilka miałem, wiesz dobrze, że o nie dbałem, cytryny dawałem w prezencie, długopisy ozdobne, strugane koguciki, ale tej Magdy jakoś nie pomnę. Paradoks? Czyż ja Zenon jaki? Porobiło się ostatnimi czasy, oj porobiło, już tych młodych zrozumieć coraz trudniej.

– Masz rację, Janku, i ja często nie wiem, co mi tu do nieba wnoszą, jakieś ustrojstwa, co to muszę je egzorcyzmem traktować, żeby w nich się czort jaki ukryty podstępnie za bramy nie przedarł i popłochu wśród niewinnych duszyczek nie zasiał.

– Ale nie tylko z młodymi trudno się dogadać – ciągnie święty Piotr. – Na pewno pamiętasz, Janku, swoją sekretarkę, Oleńkę, co z kurortu nadmorskiego Zoppot przybyła.

– Jakże, oczywiście, że pamiętam. Schludna była i sumienna, uparta czasami ponad miarę, ale dla mnie dobra, pomocna wielce. Zapisałem jej z wdzięczności prawa do wierszyków, i te różne moje szpargały, co się na półkach uzbierały, choć często porządki robiłem i papierzysk pozbywałem się, żeby od spraw ważniejszych uwagi nie odrywały.

– Tupecik, Janku.

– Tupecik, święty Piotrze? Zły kolor?
­­

– Kolor może być, tylko się przekrzywił odrobinkę.

– Aaa, no tak, spieszyłem się, a poza tym, wybacz święty Piotrze, dostać tutaj dobry klej to nie lada sztuka.
­

– Zasada popytu i podaży, Janku. Ale z tą Oleńką... Otóż wystaw sobie, Janku, że ona wszystko to, co jej zostawiłeś, pod korcem ukryła, nikomu pokazać nie chce. Grzebałkowska rzeczona próbowała coś wydostać, bo rzetelnie do źródeł dotrzeć chciała, ale ze stanowczą odmową się spotkała. To smutna historia, pewnie nad jakąś sankcją trzeba będzie się zastanowić.

– Święty Piotrze, może Oleńka nie wie, co czyni.  Ale przecież są jakieś dyplomatyczne sposoby, by jej wytłumaczyć, że Grzebałkowska sroce spod ogona nie wypadła i też jej się co ode i po mnie należy.

– Może, może, Janku. Będziemy nad tym pracować w niebieskiej kuźni umysłów. Tak czy siak, radziła sobie, wielu zacnych ludzi poprzepytywała, w ich archiwa wgląd uzyskała zaufanie budząc, listów Twoich znalazła też co niemiara. W każdym razie odmalowała Cię, księże prałacie, chyba udatnie.

– Może to i radość, święty Piotrze, ale prawdę rzekłszy, próżny nigdy nie byłem, więc mnie to zbytnio nie łechce. A czy wierszyki moje wciąż ludziom się podobają?
­

– Podobają, podobają, Janku. Choć nie sądzę, żebyś był kontent z tego, że najbardziej to ten o pośpiechu w miłowaniu ludzi, bo szybko odchodzą. Jak grzechem śmiertelnym nieskażeni, to tutaj trafią i spotkać Cię będą mogli, o zdrowie zagadnąć, a może nawet na młode kartofelki ze zsiadłym mlekiem zaprosić. No ale tam w dole czasami różnie bywa…

Święty Piotr zamilkł w zadumie, a ksiądz Jan wraz, bo właśnie jakiś nowy rym zafurkotał mu pod krzywo przyklejonym tupecikiem i w myślach go sobie przepowiadał.

– Torba ­– przerwał tę pauzę święty Piotr.

– Torba, moja torba? A co z nią znowuż?

– No jak by tu rzec, Janku, obciachowa ona, bez obrazy. Ten popękany skaj, te plastikowe uszy, trochę ona nie pasuje do ascetycznego piękna naszych łąk niebieskich. Jesteś pewny, Janku, że musisz ją wszędzie ze sobą tachać?

– Święty Piotrze, jakże możesz o to pytać? Wiesz wszak, że muszę. Może ona i niepiękna, zgoda, ale tak już mi się do ręki ułożyła, że ona nie torba dla mnie, a przyjaciel. Gdzież bym zapiski swoje chował, a zapiski konieczne, bo pamięć już nie taka jak dawniej, gdzie trzymałbym prezenty dla tych, których obdarować pragnę, jak w końcu chroniłbym biedronki strwożone, bo tu w niebie aniołów co niemiara, każdy anioł skrzydłami zamiata, ptaka udaje, a biedronka niebożątko myśli, że ptak taki pożreć ją zechce. No sam powiedz, święty Piotrze…

– No tak, w zasadzie masz rację. Dobry był z Ciebie człowiek, dusza też niezgorsza, w dodatku na koniec Twej drogi na łez padole woli Twojej ostatniej nie uszanowano, ciało Twe nie na ukochanych Powązkach pochowane, a wmurowano pod marmurami w Świątyni Opatrzności Bożej, jak byś był dostojnikiem jakim. Rzec można, że w tym tkwi paradoks. Za samo to i guziczki, i tupecik, i nawet torbę skajową wybaczam, Janku.

– Dziękuję, święty Piotrze – ksiądz się uśmiechnął, rękę w torbie zanurzył, chwilę w niej pogrzebał, w końcu jabłko rumiane z niej wyciągnął.

– Chcesz gryza, święty Piotrze?

– Zawsze – odrzekł święty, gryza wziął, pochrupał ze smakiem, w końcu z chmurki zeskoczył i przeciągnął kości niemłode aż zatrzeszczało.

– A teraz, Janku, muszę już iść, obowiązki wzywają. Aniołowie, pomagierzy moi, wkrótce zaczną się gubić przy niebieskich bramach i nieszczęście gotowe. Wnijdzie jaki niepowołany, co to uzna, że próba ucha igielnego za legitymację wystarczy. Dbaj, Janku, o siebie, o siostrach wizytkach nie zapominaj, a jak nowy wierszyk napiszesz, podeślij go i do mnie, choć tylko prostym rybakiem jestem.

– Do zobaczenia, miło się z Tobą gawędziło. I dziękuję Ci za wieści o Grzebałkowskiej. I o Oleńce. I za dobre słowo. Pewnie znów się kiedyś spotkamy.

– Na pewno – odparł święty Piotr i dziarskim krokiem, z błyskiem w oku, wypoczęty, oddalił się ku swemu niebieskiemu przeznaczeniu.

A ksiądz Jan też nogi rozprostował, tupnął  dziarsko rozchodzonymi buciorami aż echo poszło, ale próba chóru już się zakończyła, więc nikomu tym nie przeszkodził, i poczłapał w swoją stronę. A tylko pod nosem sobie zamamrotał:

– Ksiądz Paradoks, to naprawdę paradne. Muszę tę Grzebałkowską zapamiętać…

Magdalena Grzebałkowska, Ksiądz Paradoks. Biografia Jana Twardowskiego, ZNAK 2011

30.12.11

Eee-rozmowy na nowy rok

Wyimek fragmentaryczny ze stenogramu dyskusji, jaka toczyła się w czasie Ogólnopolskiego Kongresu Blogosfory i Anarchoblogerii przy stoliczku Kultura Nóż się w Kieszeni Otwiera i podstoliczku Książka za Przeproszeniem (Murzasichle/Małe Ciche, gmina oczywiście Poronin, nibyzima z nibynóżką)


Moderator z ramienia: Eee, a co sądzicie o perspektywach, skoro nawet jakby czytaci coraz to bardziej nie czytają, a nieczytaci do czytatych jakby z pogardą godną niegodnej mniejszości się eee odnoszą, na co czytaci się godzą i grono nieczytatych usilnie eee zasilają?

Bloger Supercriter: Uważam, że perspektywa w horyzoncie zbieżnolinearnym rysuje się, acz należy zachować czujną protosublimację proponowanych tekstów na wypadek tychże niedostatecznej absorbcji społecznej. Pragnę zwrócić uwagę na zjawiska nowatorskie, zdecydowanie zrywające z anachroniczną awangardą, pełniącą aktualnie funkcję atropicznej substytucji li tylko. Jeżeli miałbym używać konkretów, choć wolałbym tego uniknąć, to przywołam exemplum Otwartym Tekstem. Stosowana tam semantyka mija się niejednokrotnie z antropogenezą hipertekstualną, jednak w ten sposób uzyskiwany jest niespodziewanie efekt swojskiej obcości, który nie pozwala na kunktatorstwo interpretacyjne i w zawoalowany sposób wymusza samodyscyplinę intelektualną.

Blogerka DaisyPinkBaby: No ja to myślę, że bardziej bym gdzieś tak romanse o miłości bardziej jednak trochę, o uczuciu, albo na przykład o kuchni, jak gotować smaczniej i żeby zdrowo było i bez tych tam gmo czyjakośtam, znaczy świństw. Albo o dzieciach, tych naszych pimpiluszkach kochanych i niewinnych do cna, jakieś bajeczki niedługie, jakieś komiksy niezbyt zadymione. Takie to lubię i owszem bynajmniej. Albo o zwierzątkach, mnie to rybka, czy zmienno, czy parzysto, bo teraz w zimie to one nawet sól z głodu muszą lizać, jak na nią mają bidulki. I żeby choć z mikroelementem. A ten Otwartym Tekstem to taki nieżyciowy bardziej trochę chyba. A może on zły człowiek jest? Może literat jakiś czy co? No jakoś sama nie wiem trochę bynajmniej…

Bloger Bowemniejestsexigwalt: Ja to bym na przykład za… (tu brak fragmentu stenogramu na skutek gwałtownej erupcji ektoplazmy hormonalnej). A jak już rozkminiacie tego Otwartym Tekstem, to ja bym na przykład przy… (tu brak kolejnego fragmentu stenogramu, przyczyny jak wyżej) i już! No i tyle tego zapylanka…

Moderator: Eee, dzięki za naszą eee-rozmowę, no właściwie wnioski to można wyciągnąć jakby samemu, bo niespodziewanie są różne opinie i na temat samych perspektyw, i na temat eee Otwartym Tekstem.

Pod stoliczek Książka za Przeproszeniem wpełzła na dany znak zakontraktowana grupa wokalno-folklorystyczna Murzasichlskie Gołodupce i zaśpiewała pożegnalną ogólnopolską pieśń gminną. Poniosło się żałosne śpiewanie wielogłosowe przez hale, przez doliny, niedźwiedzie w gawrach i smreki na zboczach budząc, zdumione cudnem tem pieniem (Kasprowiczowska aliteracka zazadnia):

Ni wyżyna, ni nizina,
Ni krzywizna, ni równina -
Taka gmina.


Ani piasek, ani glina,
Tylko lasek i olszyna -
Taka gmina.

Od komina do komina
Wiater hula, deszcz zacina -
Taka gmina.


Miast kobiety, śpiewu, wina -
Wóda, czkawka, Gwiżdż Janina -
Taka gmina.

Nikt od ucha nie ucina,
Tylko czasem chrząszcz brzmi w trzcinach
Taka gmina.

Ni wyżyna, ni nizina,
Ni krzywizna, ni równina -
Taka gmina.*

Kongres się zakończył i już niecierpliwie czekamy na kolejne spotkanie w 2012 roku, być może w Dębkach i Białogórze.


Tymczasem jednak niech nam się darzy wew ten nowy rok! To mówiłem ja, eee Otwartym Tekstem.


* Nadmiernie zainteresowanych (kolejny k-rok do piekła) zaspokajam informacją: Przybora/Wasowski „Gołoledź”.

27.12.11

Naturalny rytm życia i śmierci w Strefie 52



Rozkaz Naczelnego Dowództwa US Army
Data dzienna : 25 marca 1968
Klasyfikacja : ściśle tajne
Dotyczy : utworzenie tajnej strefy obserwacyjnej na obszarze Appalachów
Cel: obserwacja nieinwazyjna wydarzeń związanych z pojawieniem się obiektu Maleness
Czas rozpoczęcia operacji : kwiecień 1902
Kryptonim operacji : Outer Dark (W ciemność, Cormac McCarthy)
Dowodzący operacją : generał G.W. Devill

Decyzją Naczelnego Dowództwa US Army na obszarze Appalachów zostaje utworzona tajna strefa obserwacyjna o nazwie Strefa 52. Doniesienia wywiadu jednoznacznie wskazują na wysokie prawdopodobieństwo pojawienia się w Strefie 52 obiektu Maleness ♂. Obiekt, określany w raportach jako Mal., będzie podlegać wyłącznej jurysdykcji Naczelnego Dowództwa US Army i traktowany będzie zgodnie ze szczegółowymi wytycznymi.
Dowódcą Strefy 52 zostaje mianowany major J. Smith, któremu zostaną przydzielone odpowiednie siły i środki pochodzące ze źródeł pozabudżetowych.
Operacja ma charakter ściśle tajny, zaangażowane w nią siły podlegają procedurze weryfikacji na poziomie 3 i niniejszym zostają wyłączone z oficjalnych struktur US Army.
Ze względu na nieparalelność czasową płaszczyzn obserwacyjnej i obserwowanej, do jednostki zostaną przydzieleni specjaliści posiadający doświadczenie wynikające z udziału w operacji Back to the Future (B2F).
Raportowanie odbywa się zgodnie z procedurami, rozkazy dzienne Naczelnego Dowództwa US Army będą przekazywane do Strefy 52 na częstotliwościach stealth-gamma.
Po zakończeniu etapu logistycznego i aprowizacyjnego w Strefie 52 zostaną podjęte działania niezbędne do zlokalizowania obiektu Mal. w jak najkrótszym czasie od jego pojawienia się lub wręcz pojawienie się uprzedzające. Niezbędna aktywna inwigilacja rozproszonych siedlisk osadniczych.
Podpisano : gen. G.W. Devill

Raport No. 1 Strefy 52 (1_1902/04)
Operacja : Outer Dark
Do : gen. G.W. Devill
Baza Tango/Appalachy

Dowództwo Strefy 52 donosi, że został zakończony etap logistyczno-aprowizacyjny, zostały zgromadzone odpowiednie środki oraz napłynęły siły niezbędne do realizacji wyznaczonych zadań. Uruchomiono aparaturę obserwacyjną, specjaliści pracują w trybie trzyzmianowym.
W celu alternatywnego wzmocnienia operatywności powołano do życia trzyosobowy zespół agentów (Brygada G), który został przeniesiony w rzeczywistość nieparalelną 1902. Zadaniem Brygady G jest aktywna inwigilacja organoleptyczna i natychmiastowe reagowanie na rejestrowane bodźce. Brygada G nie została wyposażona w indywidualne środki łączności oraz pakiety ułatwiające survival w Strefie 52 ze względu na możliwość dekonspiracji. Brygada G ma za zadanie wtopić się w społeczność zgodnie z aktualnie (1902) obowiązującymi regułami społeczno-obyczajowymi. Członkowie Brygady G zostali wyposażeni zgodnie z regulaminem prowadzenia operacji specjalnych w  licencję na zabijanie w stanie wyższej konieczności lub jej braku.
Podpisano: mjr J. Smith

Rozkaz ND US Army, 09 kwietnia 1968, Outer Dark
Wytypować najbardziej prawdopodobny potencjalny punkt (Red Point) pojawienia się obiektu Mal.
Po wykonaniu typizacji raportować niezwłocznie.
Gen. Devill

Raport No. 3 (3_1902/04), Baza Tango, Outer Dark
Na podstawie zgromadzonych danych oraz prac analitycznych dokonano typizacji i wskazano jako Red Point obiekt w lokalizacji 35° 45' 54'' N, 82° 15' 55'' W.
Weryfikacja satelitarna wskazuje na prymitywny dom z bali na zboczu góry w otoczeniu lasów mieszanych, usytuowany w odległości 8,3 mili od większego skupiska ludności autochtonicznej. Red Point jest zamieszkiwany przez rodzeństwo Holme. Jednostką decyzyjną w Red Point jest brat (Culla) ze względu na starszeństwo oraz płeć. Siostra (Rinthy, wiek 19 lat) ze względu na brak starszeństwa oraz płeć podlega jego woli. Źródła utrzymania rodzeństwa nieznane, przypuszczalnie zbieractwo i drobne myślistwo, okazjonalnie proste prace fizyczne. Status społeczny – biedota pseudofarmerska.
Siostra aktualnie wyłączona z procesów społeczno-ekonomicznych na rzecz procesów biologiczno-rozrodczych – zaawansowana ciąża. Brak informacji na temat ojcostwa, Brygada G powinna pozyskać porównawczy materiał genetyczny.
Mjr Smith

Rozkaz ND US Army, 10 kwietnia 1968, Outer Dark
Dowództwo akceptuje typizację przeprowadzoną w Bazie Tango. Wskazana wzmożona inwigilacja. Wywiad donosi o przewyższającej normy jonizacji oraz przesunięciach grawitacyjnych. Uwzględnić przy skalowaniu aparatury obserwacyjnej.
Gen. Devill

Raport No. 5 (5_1902/04), Baza Tango, Outer Dark
W Red Point Rinthy Holme dokonała urodzin dziecka płci męskiej, najprawdopodobniej jest to obiekt Mal.
Poród naturalny, bez pomocy wykwalifikowanych służb akuszerskich. Pępowina odcięta. Wysoka gorączka popołogowa prowadząca do utraty przytomności. Duża utrata krwi. Funkcje wegetatywne (respiracja, ciśnienie tętnicze) obiektu Mal. utrzymane mimo niesprzyjających okoliczności. Brygada G poprawia swoje współrzędne.
Brat bez wiedzy siostry dyslokuje obiekt Mal. na odległość 1,8 mili, teren bagnisty, roślinność niskopienna: mchy i porosty. Brat po dokonaniu dyslokacji powraca do Red Point. Wykonuje nieskomplikowane czynności przywracające siostrze świadomość.
Etap dualny, obserwacja równoległa: w Red Point brat informuje siostrę o pozornym zgonie obiektu Mal.; w rejonie bagnistym obiekt Mal. zostaje odnaleziony przez jednostkę handlującą o pseudonimie Druciarz. Druciarz zawłaszcza obiekt Mal. i transportuje do ośrodka charakteryzującego się posiadaniem mamki zastępczej. Inspiracja Druciarza nieznana.
UWAGA! Wystąpiła czasowa awaria urządzeń obserwacyjnych, brak współrzędnych aktualnej lokalizacji obiektu Mal.
Mjr Smith

Rozkaz ND US Army, 12 kwietnia 1968, Outer Dark
Dowództwo rozkazuje bezwzględnie usunąć skutki awarii oraz wszelkimi dostępnymi sposobami dokonać powtórnej lokalizacji obiektu Mal. w celu prowadzenia dalszej udoskonalonej obserwacji.
Gen. Devill

Raport No. 8 (1_1902/05), Baza Tango, Outer Dark
Zgodnie z rozkazem ND podjęte zostały wszelkie niezbędne środki zaradcze. Sytuacja zmierza w korzystnym kierunku, ponieważ siostra (matka) powzięła przekonanie o nieprawdziwości twierdzenia brata (ojca?) o zgonie obiektu Mal. (dziecka/syna). Specjaliści Strefy 52 stwierdzili, że istnieje duże prawdopodobieństwo powodzenia instynktownych działań siostry (matki), która z desperacją wyruszyła na poszukiwania obiektu Mal., mimo braku niezbędnych danych demograficznych i geograficznych.
Zniknięcie z Red Point siostry (matki) spowodowało dysfunkcyjność gospodarstwa, co poskutkowało jego opuszczeniem również przez brata.
Obserwujemy aktualnie następującą sytuację: miejsce pobytu obiektu Mal. tymczasowo nieznane, miejsce pobytu Druciarza tymczasowo nieznane. Siostra (matka) w desperackiej drodze w poszukiwaniu obiektu Mal. (syna), brat w drodze w poszukiwaniu siostry. Brygada G precyzuje współrzędne, możliwe nieodległe ich przecięcie ze współrzędnymi brata.
Szczegóły marszruty oraz interakcji społecznych – w załącznikach do raportu.
Mjr Smith

Rozkaz ND US Army, 19 pażdziernika 1968, Outer Dark
Dowództwo z uznaniem docenia podjęte działania zmierzające do zlokalizowania obiektu Mal.
Zalecana kontynuacja i w razie powodzenia bezzwłoczne raportowanie. Wskazane również uwzględnienie specyfiki różnych rejonów (ukształtowanie terenu, flora i fauna, wilgotność powietrza i gleby) Strefy 52 oraz niekontrolowanej zmienności pór roku w teatrze działań.
Gen. Devill

Raport No. 29 (9_1903/05), Baza Tango, Outer Dark
Dowództwo strefy 52 donosi enumeratywnie o następujących zarejestrowanych wydarzeniach:
1. wzmożona aktywność Brygady G zaowocowała zgodnym z regulaminem zabójstwem oraz rabunkiem
2. aktywność rodzeństwa (po uwzględnieniu specyfiki lokalnej oraz zmienności pór roku) toczyła się równolegle i bezstycznie, nieefektywnie
3. aktywność Druciarza doprowadziła do jego nagłego zgonu przez powieszenie
4. brak aktywności obiektu Mal. doprowadził do jego zgonu wbrew oczekiwaniom
5. w teatrze działań pojawiły się jednostki (Pastor, Ślepiec) oraz grupy (Nieprzeliczone Stado Świń) wykazujące cechy podejrzane, co poskutkowało utworzeniem odpowiednich podzespołów analitycznych (do ewentualnych dalszych decyzji ND).
6. trzon zespołu analitycznego został poddany hospitalizacji z powodu wzmożonego występowania oznak katatoniczno-depresyjnych.

Konkluzja: ze względu na bezwzględne ustanie aktywności obiektu Mal. dalsze utrzymywanie Strefy 52 wydaje się bezzasadne i z tego powodu występuję do ND o jej rozwiązanie oraz wydanie rozkazów powrotu członków zespołu do jednostek macierzystych. Nie dotyczy członków Załogi G, którzy przystosowali się do egzystencji w nieparalelnej rzeczywistości i ich powrót mógłby skutkować wzrostem przestępczości kryminalnej.

Rozkaz ND US Army, 7 marca 1969, Outer Dark
Dowództwo po zapoznaniu się z raportami ze Strefy 52 stwierdza, że cele jej powstania zostały całkowicie zrealizowane. Niniejszym operacja Outer Dark zostaje zakończona, Strefa 52 przestaje istnieć, obsługa otrzyma rozkazy powrotu do jednostek macierzystych po wykorzystaniu okolicznościowych urlopów wypoczynkowych (z wyłączeniem członków Brygady G).
Dowódca Strefy 52 w uznaniu zasług zostanie przedstawiony do odznaczenia i przeniesiony w stan spoczynku z emerytalnym uposażeniem funkcyjnym.
Cała dokumentacja wraz z raportami szczegółowymi zostanie zapieczętowana i przetransportowana do odpowiednich archiwów zlokalizowanych na pustyni Mojave (Death Valley).
Dostęp do nieparalelnej rzeczywistości lat 1902 i 1903 zostaje odcięty z natychmiastową wykonalnością.
Gen. Devill

Z nieopublikowanych wspomnień pułkownika J. Smitha (1973)
W przyrodzie nic nie istnieje po to, aby mogło istnieć coś innego; wszystko jest w jednakowym stopniu wciągnięte w krąg istnienia.*


Cormac McCarthy, W ciemność, Wydawnictwo Literackie 2011

________________________________________________
* Pułkownik nieświadomie zapewne zacytował George’a Santoyanę

22.12.11

Niech nam i siup jeszcze bardziej


Los/fatum/przypadek/elfy sprawiły, że żadna z książek, o których mógłbym i chciałbym napisać w tych dniach, nie leżała nawet obok „Opowieści wigilijnej”.
A skoro tak - nie będę wchodził w spór kompetencyjny z Duchem Świąt Bożego Narodzenia.

Wbrew oczekiwaniom i na przekór presji społecznej nie będzie koci, koci łapci ani kiziu, kiziu. Miast tego posłużę się apokryfem Andrzeja Poniedzielskiego, który kiedyś ponoć użalił się, o czym z kolei wspomina Magda Umer, że tak wiele we współczesnym świecie mówi się o oglądalności i słuchalności, ale o poczytalności jakoś nikt nie myśli.

Pomyślmy zatem, bracia i siostry, w ten świąteczny czas… I poczytajmy.

20.12.11

Tam, gdzie psi zębamy kłapają

Szanowni Państwo. Zgromadziliśmy się tutaj, aby celebrować uroczystość nadania tytułu Dobrze Zasłużony dla Ziemi Lubelskiej Marcinowi Wrońskiemu, wybitnemu synowi naszej ziemi, tej ziemi. Na uroczystości nasze przybyli licznie i chętnie przedstawiciele władz administracyjnych i samorządowych, których witam serdecznie i ze wszech miar godnie zarazem. Z równą lub nie mniejszą estymą witam ekscelencje i eminencje (i te purpurowe, i te szare), szanownych wysłanników Epidiaskopu, władz kościelnych i zakonnych, męskich i żeńskich, pracowników naukowych naszego Uniwersytetu. Także świeckich stamtąd. Z radością witam również prominentnych przedstawicieli partii politycznych znajdujących się w Parlamencie oraz znajdujących się na linii strzału, i organów porządku publicznego, którzy ewentualne strzały oddawać będą. Witam także czwartą władzę (proszę, proszę, w gniazdkach jest prąd, można podłączyć laptopy), czyli dziennikarzy naszych lokalnych mediów konwencjonalnych i ponadkonwencjonalnych. Witam w końcu kombatantów i weteranów, witam młodzież z Gimnazjum Męskiego im. Księdza Arcybiskupa Wielgusa, witam Koło Gospodyń Wiejskich w Siemiatyczach (szczególne podziękowanie za kołacze i sękacze), witam także Ciebie, Stanisławie Ignacy Witkiewiczu, Witkacem na bratnim Podhalu zwany, rzadki gościu na ziemi naszej lokalnej (z tym, że prosimy Cię tymczasem o niespożywanie peyotlu), który jesteś tajnym acz niekwestionowanym spiritus movens dzisiejszej uroczystości, choć wielu wolałoby wrobić w tę funkcję signore proffesore Umberto, a ten wybitny lingwista języka polskiego jeszcze nie poznał na tyle, by przeprowadzić jego kompetentną i kompletną analizę semantyczną, więc bronić się nie może. Ponadto z dobrze poinformowanych źródeł (można im ufać) wiem, że aktualnie, mimo zaawansowanego wieku i braku znajomości także języka czeskiego, przebywa w Pradze, gdzie na cmentarzysku natrafił na smugę zapachową zwęglonej okładki drugiego tomu „Poetyki” Arystotelesa.

Szanowni zgromadzeni w jedności dla Dobrze Zasłużonego. Marcin Wroński księgą „Officium Secretum. Pies Pański” (czemu nie Canis Dei, chciałoby się zapytać?) w pełni uzasadnia przyznanie Mu tego elitarnego tytułu. Ziemia Lubelska z przynależnym jej fragmentem Kotliny Sandomierskiej oraz Roztocza, od dawna czekała na takiego swego syna – choćby to i córka nawet być miała – który godzien będzie tytuł ten nie tylko otrzymać, ale również piastować. Nasze obłe pagóry pokryte szachownicą pól żyznych, nasze wyżłobione w lessie błotniste wąwozy, nasze plantacje chmielu i stawy hodowlane w okolicach Malińca, nasze uzdrowiska z historycznym Nałęczowem na czele (duch noblisty wzmocniony wodami tam czuwa!), a także dumne fortyfikacje w Janowcu – wszystko to i goście nasi honorowi wcześniej wymienieni – raduje się z Marcina Wrońskiego i dokonań Jego.

Gdyby ktoś przypadkiem, mimo wzmożonej kontroli, znalazł się tutaj podczas tej laudacji, mógłby naiwnie spytać, czemu splendor tak wielki na Dobrze Zasłużonego spływa. Mógłby, ale świadczyłoby to jedynie o wielkiej jego laickości, a nawet lajkoniowatości. Jednak pozwólcie, że w słowach kilku jedynie na zapytanie takie odpowiem. Otóż Marcin Wroński nie dlatego się zasłużył, że zarysował tło polityczno-społeczne i gospodarcze, przemiany strukturalne i psychologiczne, związki intelektualno-emocjonalne oraz modelowe systemy zachowań pod wpływem bodźców. Nie, nie dlatego, choć uczynił to i odstać się to już nie może. Marcin Wroński zasłużył, bo nas uratował. Gdy mówię nas, mam na myśli nie tylko nas tu licznie zgromadzonych, nie tylko godnych najwyższego szacunków mieszkańców Ziemi Lubelskiej, ale mam na myśli Nas Naród. Marcin Wroński, gdy powziął ciążącą wiedzę – mimo spektakularnego i inspirowanego z zewnątrz buntu sióstr betanek w Kazimierzu, mimo blokowisk poazotowych w Puławach, mimo nieszczęśliwego zejścia (konkretnie wylotu z wykusza) ojca furtiana z klasztoru franciszkanów we wspomnianym Kazimierzu, mimo braku zadośćuczynienia lubelskim drukarzom bezdebitowym, mimo niesprzyjającej pogody i szybko stygnącej kawy – dał nam Marka Glińskiego, bywalca salonów przy Skwerze im. Kardynała Stefana Wyszyńskiego w Warszawie, kleryka, esbeka, historyka, dominikanina, umiarkowanego ascetę, posiadacza marynarki od Armaniego oraz dwóch nokii, i kierowcę stajni bmw w jednej osobie. Pamiętajmy, Marcin Wroński to głowa, a ramię to Marek Gliński. Obaj działają w ekstremalnie niesprzyjających warunkach (panie Witkac, prosiłem, żeby się powstrzymać z tym peyotlem). Zaryzykuję twierdzenie, że nie ma Glińskiego bez Wrońskiego i na odwrót. Więcej, powiem – jest M.M. Glińskowroński. A zewsząd czyhała zdrada, a co najmniej nieprzychylność. Mimo to Glińskowroński nas uratował, jak już o tym wspominałem. Uratował nas przed piekłem na ziemi.

Szanowni zgromadzeni, to prawda, że nie obyło się bez ofiar: ojciec gwardian OFM poparzył się dotkliwie, ksiądz Romanyczko został przeniesiony w rejon kategorii C, Agnieszka Nowak znalazła zaś ukojenie dopiero w numerologii. Jednak cóż znaczą te ofiary w świetle wydarzeń, które mogłyby nastąpić, gdyby M.M. Glińskowrońskiemu się nie udało, a nie udać się mogło! Zmilczmy o tym, bo zbyt wielkie spustoszenie w sercach i umysłach naszych mogłoby się pojawić. Zatem, mimo iż Officium Secretum to instytucja niezbyt rozgłos lubiąca, choć raz przy tej szczególnej okazji z dumnie uniesionymi czołami i pełnym głosem złóżmy jej i jej wysłannikom hołd i cześć oddajmy.

I temu służy nasza dzisiejsza uroczystość, której przebieg tak nieudolnie starał się zakłócić pan Witkac, jednak odpowiednie służby poddały go czynnościom resocjalizującym. Wielce Szanowni Zgromadzeni Goście. Pokłońmy głowy przed Dobrze Zasłużonym dla Ziemi Lubelskiej. A teraz zapraszam na skromny poczęstunek do Sali Rycerskiej. Amen.

Marcin Wroński, Officium Secretum. Pies Pański, W.A.B. 2010