Jeśli jesteś niekompetentny, nie możesz wiedzieć, że jesteś niekompetentny. Umiejętności, których potrzebujesz, by wyprodukować dobrą odpowiedź, są tymi samymi umiejętnościami, których potrzebujesz, by rozpoznać, czy rzeczywiście jest dobra.


David Dunning, profesor psychologii na Uniwersytecie Michigan


Jedną z bolesnych rzeczy w naszych czasach jest to, że ci, którzy czują się pewnie, są głupi, a ci, którzy mają jakąkolwiek wyobraźnię i zrozumienie, są przepełnieni wątpliwościami i niezdecydowaniem.

Bertrand Russell, brytyjski filozof


Ignorancja częściej jest przyczyną pewności siebie niż wiedza.

Charles Darwin, brytyjski przyrodnik

W czasach, gdy wiele mówi się o zespołach czy syndromach (ostatnio w nader dosadnych słowach), warto przypomnieć też o efekcie Dunninga-Krugera. Jednak człowiek to istota ze wszech miar ułomna. A niektórzy są nawet ułomniejsi.


13.4.12

Gdzie drwala rąbią, tam duchy lecą

Duch Pana Witolda polatywał niespiesznie nad laskami, piaskami, klifami i falami Pomorza, Zachodniego zresztą, tak bohatersko odzyskanego z teutońskich wrażych łap piastowskiego niemal zakątka. Niespiesznie, bo raz, że pogoda już była posezonowa, przymrozkami listopadowymi pachnąca, co dla przybysza z południa stanowiło pewien dyskomfort, a dwa, że lot ten bezcelowy nie był, lot to był zwiadowczo-poszukiwawczy, rzec można. Duch Pana Witolda szukał otóż ciała Michała Witkowskiego. A właściwie to na odwrót było. Bo ciało Michała Witkowskiego duchowi Pana Witolda na nic, choć to hipochondryk poddający się często zabiegom higieniczno-odkażającym, a duch Pana Witolda Michałowi Witkowskiemu jak najbardziej potrzebny, bo jak obszył do prozy się przyda.

Duch Pana Witolda polatywał, na nieznane mu zachodniopomorskie zakątki zerkał, na Międzyzdroje, Lubiewo, Grodno i Świnoujście nawet na wyspie Wolin rozpromowane. A Michał Witkowski stał na polanie, otoczony sosenkami i odległym szumem fal i kombinował wśród zgromadzonego wokół niego zbędnego szpeju (laptop, elektryczna szczoteczka do zębów, Nokia 3010, paralizator antyterrorystyczny, wszystko bez prądu), jak by tu nie tylko prozę fabularną uskutecznić, ale żeby ona i wystarczająco kulturalna była w nurcie meta i post, i prowokacyjnie niegrzeczna w nurcie glamour masculinum, żeby odpowiednio wysoka na Nike i niska na paperback ze stacji benzynowej, żeby i kryminał, i romans, i nostalgiczna obyczajówka peerelowska. Bo ambitny był Witkowski, choć luzak. I pewny siebie, bo wsparcie miał Jacykowa. Murem za nim stał. Umownym.

Michał Witkowski po prawdzie nawet nie stał na tej polanie, tylko siedział na pieńku, kawkę Kopi Luwak z termosu po kapce przelewał do ćmielowskiej filiżanki i ze smakiem sączył. No sugar. I w górę patrzył, na niebo, wszak nikt weny pod nogami nie szuka. No cigarettes. Parę proteinowo napakowanych farmaceutyków organizmowi już zaaplikował, więc koncentrację miał zawyżoną i odczucia termiczne w granicach komfortu. Czuł, że kocha Pomorze Zachodnie, nie dbając nawet o wzajemność. No drugs.

Siedział wytrwale, bo wiedział, że to mu się przyda do prozy.

Michała Witkowskiego siedzenie nagrodzone zostało. Duch Pana Witolda, co polatywał nad laskami, piaskami, klifami i falami, wypatrzył Miszkę i lot ku niemu zniżył, a nawet na skraju polany otoczonej kłującymi krzakami jeżyn bezpiecznie wylądował. Faję oldskulową z zębów wyjął, kapelusz filcowy nicejski poprawił (bo nie wiedział, czy z Miszką witać się przez kapelusza uniesienie, wszak to już obyczaj zaginiony, ale czasami obyczaje z pozoru zaginione do łask wracają, jak choćby łydek dziewczyńskich chłostanie witkami w Lany Poniedziałek, do którego jednak co najmniej jeszcze pół roku było). Zatem poprawił i w te słowa do Witkowskiego przemówił, choć palicem go jednoznacznie nie wskazał.

Widzisz, Witkowski, szmat drogi przebyłem, a jeszcze większy szmat przede mną. Alem w imię wartości wyższych się nie zawahał. Wezwałeś imię moje Witold, ferdydurki i pornografie moje przejrzałeś, co tam przejrzałeś - organicznie wchłonąłeś, jakbyś szpik z kosteczek chickenwingsów wysysał. Kiedy lubieżne Lubiewo i tirowską Margot pisałeś, nie byłeś jeszcze tak chłonny, siermiężniej bałamuciłeś. Prostej samoświadomości ci nie stawało. Substytutów szukałeś, na sesje dla cekaemów czy viv się dla zdobycia doświadczenia wpraszałeś, prowokacje dla pudelków i superekspresów prokurowałeś. A jak wysokie obcasy interwiew ci zaproponowały, toś na tę okazję nawet nowy flakon Obssesion Calvina Kleina kupił, chociaż teraz wstydzisz się do tego przyznać. Zresztą, co tam wspominać, na teraźniejszość popatrzmy. Teraz wszak dumnie jak Don Kichot z kopią na sztorc motorowerem po leśnych duktach pomykasz, boś się w końcu swego Sancho Pansy w postaci międzyzdrojskiego przystankowego luja dochrapał, coś go przyhołubił doładowaniami heyah i pizzami z kiełbasą bez pieczarek, coś go z bielizny intymnej w postaci bokserek przy nadarzającej się okazji ograbił, o szaliku Pogoni nie wspominając. Dorastasz, cwaniejesz, Witkowski, choć woli silnej jeszcze nie masz, papierosy, w dodatku cudze palisz, choć zapas gumy nicorette ze sobą na Pomorze Zachodnie przywiozłeś.

Duch Pana Witolda powietrza zaczerpnął, bo choć tego nie potrzebował, to jod odzyskany marnować się nie powinien, i kontynuował.

Tyś, Witkowski, umyślił, takie opus magnum na własne trzydziestopięciolecie stworzyć, bo w dzisiejszych czasach do czterdziestki trzeba się wyrobić musowo, potem postęp technologiczny absolutnie wyklucza. A wykluczenia się boisz, oj boisz. Starałeś się, Warszawę porzuciłeś (choć widok na Smyka i London Steak House rzeczywiście żalowy, ale nie wiem, coś w stypendialnej Brukseli przez okno widział), o konwencję zadbałeś, kompozycję starałeś się trzymać w ryzach, nie zawsze skutecznie, realia późnego Peerelu i wczesnego Balcerowicza rozkminiłeś detalicznie, nawet uczucia wyższe, jak miłość do pieniędzy i nienawiść z powodu pieniędzy, zawarłeś. Widać, że miksturę według przemyślanej receptury przyrządzałeś.

No i różni ci teraz kadzą, aj aj cmokają, żeś taki niewyszukanie wyuzdany, paraliteracko uzdolniony i pokrętnie wysublimowany, że teraz to już nie cekaemy, vivy i pudelki, ale uważam rze albo NaTemat Lisa tylko w grę wchodzą. Ja ani nadmiernie ciebie motywował nie będę, ani niepomiernie w czambuł (wydzielony oddział Tatarów dokonujących zagonów w głąb terytorium przeciwnika) potępiał. Co rzec miałem, tom rzekł. Jednego jednak wybaczyć ci, Witkowski, nie mogę. Nie mogę i już. Zbyt wiele lat na obczyźnie spędziłem. Nie wiesz? Ano tego, żeś Mariolę  Cierpisz, niestrudzoną stróżówkę prawa z Międzyzdrojów, krawężniczkę tutejszą na bezprawie ciętą, na pastwę po tym całym bajzlu, coś tu w lesie sprokurował, pozostawił, gdy ona już dawno do Świnoujścia awansowana być powinna. Choć z drugiej strony niechętnie rozumiem, że bohaterowie męscy bliżsi są twemu sercu, taksówkarzowi Wojtkowi nawet szyby w golfie przez złych ludzi rozbite sfinansowałeś. To tyle bym ci rzekł, Witkowski.

Tym razem duch Pana Witolda wstrzemięźliwy w gestykulacji nie był i Witkowskiego palicem jednoznacznie i oskarżycielsko wskazał.

Witkowski akurat Kopi Luwak dopijał.

Duch Pana Witolda faję wygasłą dizajnerską między zęby wcisnął, poły gabarynowego płaszcza zagarnął i śmignął na jakimś zarąbistym widać żabojadzkim dopalaczu na azymut do boskiego Buenos, bo zimę tam spędzić zamiarował.

Witkowski po namyśle nad słowami zasłyszanymi talizmany swoje, pendrajwa na usb i nogę (lewą) Barbie, co je na szyi ku pokrzepieniu sztucznemu serca nosił, gwałtownie zerwał i precz impulsywnie w krzaczory odrzucił. W ten sposób od zmory dzieciństwa się uwolnił, i od zmory prozy się uwolnił, i wolność wokół zapanowała pod siedmiobarwną tęczą, co między Lubiewem a Świnoujściem aż chyba na niebie stanęła.

A sosny szumiały nie wiedząc, czy to się do prozy przyda. 

Witold Gombrowicz, portret Łukasz Martyka, absolwent LO im. Mikołaja Kopernika w Tuchowie
Michał Witkowski, portret – Paulina Lignar, absolwentka ASP w Krakowie

Michał Witkowski, Drwal, Świat Książki 2011

5.4.12

W tej metodzie szaleństwa brak

Wysoki Trybunale, Szanowna Ławo Przysięgłych, Znakomity Kolego Prokuratorze Trzeciej Rangi, zgromadzeni licznie Panie i Panowie. Santé, santé wszystkim!

Dzisiejsze posiedzenie Wysokiego Trybunału, którego wokandę w całości wypełnia casus oskarżonej z wielu paragrafów Juli Zeh, nota bene mojej klientki, jest w moim głębokim przekonaniu, a wkrótce zapewne także w przekonaniu Wysokiego Trybunału, klasycznym przykładem tego, co w literaturze przedmiotu nazywane jest pomyłką prokuratorską, z całym należnym szacunkiem dla mojego Znakomitego Kolegi Prokuratora Trzeciej Rangi. W dodatku pomyłką dotkliwą.

W imieniu mojej klientki, oskarżonej z dezynwolturą o popełnienie czynu zagrożonego karą temporalnej anatemy, wnoszę o wyrok uniewinniający w świetle niepodważalnych argumentów, które w dalszym ciągu swojej mowy obrończej przedstawię Wysokiemu Trybunałowi.

Wysoki Trybunale, Szanowna Ławo Przysięgłych, Juli Zeh została oskarżona mianowicie o popełnienie kiepskiej powieści, a Pan Prokurator jako dowód przedstawił Corpus delicti. Zaiste, jakże słabe to oskarżenie, w którym główny dowód prokurowany jest z premedytacją przez samą oskarżoną. I za jej przyzwoleniem, ba, za jej namową jak najszerzej kolportowany. W dodatku z całkowitą świadomością faktu, że świat cały dookolny, bardziej lub mniej sterylny, od umownego markera zmiany czasu począwszy i na nim skończywszy, zna literaturę lepszą, ciekawszą, bardziej nacechowaną emocjonalnie i stylistycznie, a zarazem blisko spokrewnioną tematycznie. A nazywa się ten typ literatury ANTYUTOPIĄ.

Mowa moja powinna być krótka i prosta, bo o ile prawa mogą być mniej lub bardziej twarde, to sprawiedliwość nieodwołalnie powinna być co najmniej niedowidząca. I nie powinna być niedorozwinięta, a mądrej sprawiedliwości dość kilka słowie (że wprowadzę formę archaiczną dla podniesienia temperatury oracji). Jednak bez rysu historyczno-teoretycznego obejść się nie może. 

A zatem – aby istniało coś anty-, musi istnieć coś pro-, albo choćby coś neutro-. Co do tego występuje zgoda powszechna, nieprawdaż? Konieczny jest punkt odniesienia, bez którego doktryna manichejska w chaos wewnętrzny mogłaby popaść, nie znajdując osi współrzędnych (z których jedna nosi miano osi odciętych, o czym warto wspomnieć w pałacu Iustitii). O utopii wiele mówić nie będę. Ci, którzy nonszalancko kojarzą ją z utopencem, kontrowersyjną acz popularną wśród słynących z die biologische Ausdauer  ludów Czech i Moraw zakąską, pozostaną przy opinii, że tygodniowa marynata lepsza od dwutygodniowej (lub na odwrót). A jeśli kto przypadkiem w procesie edukacyjnym o Platonie, Morusie, a nie daj bóstwo (poprawność polityczna zobowiązuje mnie do utajnienia imienia własnego wzywanego bóstwa), Campanelli i Baconie (nie mylić, nie mylić, bo mięsny jeż czuwa!) słyszał, ten wie, że utopia to w ogólnym zarysie wyraz człowieczej tęsknoty za lepszym światem. Twórcy utopii niestety nie mogli wiedzieć, bo niby skąd, że lepiej już było. My wiemy, bo mamy internet.

Istnienie utopii w logiczny sposób sprowokowało powstanie antyutopii, innymi słowy utopii negatywnej, która ukazywała społeczeństwo podporządkowane zideologizowanemu systemowi władzy. Żyją jeszcze ci (dzięki nadludzkiemu wysiłkowi woli), którzy pamiętają (dzięki niekwestionowanemu postępowi farmakologii), że antyutopia propagowana była w najpiękniejszym ze światów w sposób ściśle limitowany (dzięki bezdebitowej technice powielaczowej). Ci, którzy mieli dostęp, mogli się mienić równiejszymi wśród równych, jednak przez fakt ten bardziej na ryzyko gwałtownego zrównania w dół narażonymi. Wszak gdy się siedzi chcąc nie chcąc we wnętrzu zegarka (takiej choćby ruhli, która szczyciła się brakiem tego, co w zegarku stanowi  kwintesencję i decyduje o jego punktualności i niezawodności – czyli kamieni, jakichkolwiek, nie tylko szlachetnych), to czytanie opisu jego budowy może prowadzić do pojawienia się chęci demontażu, bo takie korupcyjne ciągoty zawarte są w człowieczej naturze (corumpo, corumpare – zniszczyć coś u podstaw, jak uściśliliby klasycy). A jaki zegarek chce stać się truchłem? (Ciażołyje czasy – rzekł sołdat, taszcząc zegar z wieży kościelnej.) Póki może, bije...

Panie mecenasie, drogi kolego, proszę na temat. Czas leci.

Wysoki Trybunale, Szanowna Ławo Przysięgłych, Znakomity Kolego Prokuratorze Trzeciej Rangi. Przepraszam, że wystawiam na próbę waszą cierpliwość. Jednak mowa obrończa to nie handbuch, gdzie stoi bezdusznie i lakonicznie napisane, że wybitni antyutopiści to Orwell, Huxley czy Zamiatin. Tak, wiek miniony charakteryzował się tym, że krążył nad nim nader energicznie antyutopijny Zeitgeist. W odpowiedzi na wystrzał z Aurory, rzecz jasna.

Moja klientka, Juli Zeh, przy całej mojej do niej sympatii, nie zagości na tej podręcznikowej liście nawet w trzecim rzędzie. I wcale nie dlatego, że wiek już inny, o duchu nie wspominając, a Aurora robi za skrzynkę na pelargonie. Można byłoby zapytać, czy oskarżona sama by tego chciała. Ja aber nein?  Gdybym miał odpowiedzieć w jej imieniu, rzekłbym: JA. Ale jak wiemy, chęciami piekło jest wybrukowane, a na tym bruku swój Totentanz wykonują ci, którym za bardzo nie wyszło. I to jest dla nich kara największa. Tym bardziej, że obuci są w drewniaki.

Jest-li zatem sens karać Juli Zeh? Czy aseptyczność stworzonego przez nią systemu, zwanego dla niepoznaki METODĄ, nie stała się prowokacją prowadzącą do zbrukania twórczej omnipotencji tego/tej, który/a ją stworzył/a?

Przypomnę, że źródłem wszelakiego nieszczęścia w powieści jest błąd prokuratorski. Chyba nie chcielibyśmy, aby nieszczęście podobne przydarzyło się hier und jetzt. Na pewno nie chcielibyśmy. Pozostawmy zatem Juli Zeh i Corpus delicti ich własnemu losowi. Minie czas i moja klientka się otrząśnie, wróci do normalnej formy. Zresocjalizuje się. Aminokwasy i pH ustabilizują się na poziomach akceptowalnych. To pewne. A sobie pozostawię prawo do ostatniego słowa: Manetekelfares, Wysoki Trybunale, Szanowna Ławo Przysięgłych, Znakomity Kolego Prokuratorze Trzeciej Rangi. Manetekelfares
Czy może jednak die Auferweckung?

Wnoszę o uniewinnienie ze względu na nikłą szkodliwość społeczną. Grüß Gott, meine Damen und Herren. Ups, przepraszam – santé.

Santé, panie mecenasie.


Juli Zeh, Corpus delicti, W.A.B. 2011

2.4.12

Ostrożnie z tymi obchodami

2 kwietnia każdego roku (niezależnie od jego przestępności lub braku tejże) ogłoszony jest Światowym Dniem Książki Dziecięcej. To dzień urodzin Andersena, wszak to nie jego wina, że na imię dano mu Hans, zabezpieczając się przezornie Christianem (oto znakomity przykład aktywnego nadzoru rodzicielskiego). Co prawda nie wiem, kto dokonał ogłoszenia (nie jestem aż tak dociekliwy, mogę jednak sądzić z dużym prawdopodobieństwem, że był to organ zainteresowany zwiększeniem sprzedaży książek dziecięcych, wszak dziś chodzi tylko i wyłącznie o to, co to nie wiadomo o co chodzi). Nie wiem również, jak  pomysłodawcy ustosunkowują się do literatury dziecięcej, która wszak jest tylko błahym pretekstem do powstania POWAŻNEJ I DROGIEJ KSIĄŻKI DZIECIĘCEJ (z lubością odeślę choćby do „Fonsita i księżyca” Noblem obarczonego Maria Vargasa Llosy – nota bene interesujące jest u tego autora umiłowanie imienia Alfons w przeróżnych odmianach).

Książka dziecięca w większości przypadków intencjonalnie jest przeznaczona dla małoletniego czytelnika z nierozbudzonym jeszcze libido, chyba że jest zbyt nasycona elementami psychoanalitycznymi (vide choćby znamienna szafa u C.S. Lewisa), wówczas egzegezy muszą podejmować się saperzy-neofreudyści.

Ostatnimi czasy często można zaobserwować zjawisko niezgodności charakterów między małoletnim czytelnikiem a książką dziecięcą (bez względu na to, jaki gatunek literacki lub nieliteracki ona reprezentuje). Skutkuje to konsekwentnym wzajemnym unikaniem się. Jednak czasami wsteczne i konserwatywne elementy, wykorzystując swą przewagę w hierarchii społecznej oraz stosując niejednokrotnie szantaż emocjonalny, doprowadzają do ryzykownego kontaktu.

Jak zgubne to może mieć skutki, niech dowiedzie przytoczony poniżej przykład - wszak egzemplifikacja w dobie wszechobecnej idiosynkrazji jest ze wszech miar pożądana.

Otóż nader młody czytelnik, niechże ma na imię Alfonsik, doznaje krótkiego kontaktu z literaturą dziecięcą za sprawą babci, która układając go, wedle własnego mniemania, do snu, z uporem godnym lepszej sprawy prezentuje następujący recitativ, żywcem (pardon le mot) wyjęty z dziecięcej książeczki:

Żyła sobie mała krowa.
Była bardzo drobiazgowa.
Rzecz to wielce niesłychana,
Więc ta krowa była znana.

Gdy dorosła, duża była,
Lecz się wcale nie zmieniła.
Drobiazg ciągle był jej w głowie,
Drogie panie i panowie.

W stadzie życia to nie miała,
Bo gdy tylko przybieżała,
Tak ryczały inne krowy:
Unikamy drobiazgowych!

Odrzucona, posmutniała,
Na wycieczkę się wybrała.
Napotkała w drodze byka.

Dziś po trawie drobiazg bryka!

Nikt nie wie, dlaczego akurat to zapładniające dzieło babcia uznała za godne utrwalenia w pamięci wnuka. Nawet Alfonsik po dokonaniu ewaluacji doszedł do wniosku, że nie jest to utwór wybitny. Babcia ze względu na wiek osobniczy nie ponosi odpowiedzialności za nieświadomą deprawację. Jej bezrefleksyjny wybór okazuje się jednak nieokiełznaną propagandą prokreacji rogacizny, który to proces doprowadza do nasilenia się efektu cieplarnianego, czego tu rozwijać nie będziemy, bo to nie czas i miejsce.

Alfonsik jednak od tej pory zrażony do literatury dziecięcej, eo ipso do dziecięcej książki, ogłosił w obecności babci obywatelskie nieposłuszeństwo i już nigdy nie pozwolił jej na podobne praktyki (czyli czytanie przed rzekomym snem).

To tylko drobny przykład, który niepodważalnie dowodzi, jakie zgubne skutki może powodować nieskrępowane i nieuregulowane odpowiednimi dyrektywami korzystanie z książek dziecięcych. Przykłady można by mnożyć... 

Dlatego właśnie dziś, 2 kwietnia, w Światowy Dzień Książki Dziecięcej, postuluję, aby odświeżyć pamięć o tym, że ulubionym zajęciem Hansa Christiana Andersena była zabawa lalkami zrobionymi domowym sposobem. The rest is silence (Hamlet, 5, 2).

23.3.12

Dwa bliskie światy, a jakże dalekie

Albert od lat młodzieńczych był z natury jednostką pracowitą. Nawet w dwójnasób, choć na swój sposób. Od czasu do czasu lubił wykonywać dwie czynności jednocześnie, co nie zawsze wszakże wychodziło na dobre którejś z nich, a nawet obu. Alberta to jednak nie zrażało, ponieważ ocena skutków zawsze pachniała mu przede wszystkim subiektywnym permisywizmem. A on, nawet gdy szedł, był współczesnym stoikiem, choć nie wiadomo, jak takim się ostał. Zatem i teraz, gdy wyszedł z psem na spacer, postanowił dany mu czas wykorzystać najlepiej jak potrafi. A jak to uczynić? Otóż idąc rozmyślać. Sam dla siebie nadawcą i odbiorcą, a kanał komunikacji krótki.

A o czym tu rozmyślać w pieskim towarzystwie, by znój stał się znośny? Tylko o kobietach...

Albert przeżył kiedyś krótkotrwały, acz nader burzliwy romans. Wspomnienia tego serdecznego epizodu prześladowały go długo, długo, a co jakiś czas, zda się już pogrzebane, ożywały jak hydra, co kolejny łeb w górę unosi i skrzeczy pyszczydłem obmierzłym. Nawet teraz, po latach, gdy o tym myślał, dostawał gęsiej skórki, choć może to tylko wpływ niekorzystnej aury i lichego odzienia.

Aurelia, bo tak na chrzcie dano owej damie, czerpała dziwną satysfakcję z dokuczania Albertowi. W końcu zaczął podejrzewać nawet, że prowadziła jakieś badania naukowe, które miałyby określić granicę odporności mężczyzny na stres, jednak ze względu na zakaz przeprowadzania eksperymentów na ludziach, motywy trzymała w głębokiej tajemnicy i tylko Albert, będący przedmiotem badań,  jako tako w tym się orientował.

Na początku wszystko wyglądało wspaniale. I to go zmyliło i czujność uśpiło. Panna szczebiotała słodko, oczkami urzęsionymi mrugała, a wszystkie poczynania Alberta wywoływały w niej euforyczny entuzjazm. Piskom i zachwytom nad jego wspaniałością nie było wprost końca.

Niestety, szybko się okazało, że ulubionym zajęciem Aurelii jest wydawanie pieniędzy. I to bynajmniej nie swoich, lecz jego, Alberta. Gdybyż na tym się skończyło! Albert niczego nie żałował wszak swej wybrance. Nie był materialistą, przynajmniej zdeklarowanym. Ale ona uparła się, by aktywnie uczestniczył w tym procederze.

Na pierwszy ogień poszedł sklep z butami. Gdy podawał Aurelii do przymierzenia siedemnastą parę, która na oko niczym nie różniła się od szesnastu poprzednich, poczuł, że jego uczucie stopniowo przygasa. Zadumał się nad tym, lecz nie na długo. Już po chwili z zamyślenia wyrwał go głos lubej.

– Misiaczku, prosiłam o szare, a te są grafitowe!

Albert nie znosił, gdy ktoś mówił do niego „Misiaczku”. Do tego nie miał pojęcia, czym szary różni się od grafitowego, bo czyż grafit może być w innym kolorze niż szary?

Potem było jeszcze gorzej. Wysłuchał półgodzinnego wykładu o różnicach między koralowym a amarantowym oraz pogadanki o wyższości dekoltu w serek nad dekoltem karo. Całkowicie stracił węch po obwąchaniu niewyobrażalnej liczby próbek wód toaletowych i perfum. Dowiedział się, że kosmetyki dzielą się na kolorowe i pielęgnacyjne. Mimo znakomitego pogłębienia swojej wiedzy ogólnej, szczegółowo miał dość.

Myślał, że odpocznie w domu. Ale gdzież tam. Aurelia postanowiła zmienić jego życie. Na lepsze oczywiście. Zaczęła od jedzenia. Gdzież się podziała mądrość naszych babek, które wiedziały, że mężczyznę trzeba najpierw złapać, a potem dobrze karmić? Współczesne kobiety jeśli już karmią, to zdrowo i ekologicznie. Z jadłospisu znikło piwo i jajecznica na boczku, odszedł w dal schabowy i golonka. Na śniadanie na stół wjeżdżało coś, co Albert identyfikował jako karmę dla ptactwa domowego, w dodatku suchą. Na obiad dostawał gustowną kompozycję z kiełków, traw i wodorostów. Kolacji nie było. Tylko w niedzielę było nieco lepiej. Z okazji święta Aurelia szła na ustępstwa i podawała na stół rzodkiewkę. Jedną. I jeszcze deser w postaci ryżowego ciasteczka z wróżbą, której treść była o tyle bez znaczenia, że istotna była jej forma. Musiała być na tyle duża, żeby ciasteczka było jak najmniej.

Kolejną ofiarą reformatorskich zapędów Aurelii padła szafa Alberta. Któregoś wieczora, wielce podekscytowana, zaciągnęła Alberta do przedpokoju i z dumą zaprezentowała swe dzieło.

– Popatrz, Misiaczku, ułożyłam ci skarpetki według koloru. Od najjaśniejszych do najciemniejszych. Teraz łatwiej będzie Ci je dobrać.

Albert poczuł się lekko zagubiony. Dobieranie kojarzyło mu się wyłącznie z pokerem. Rzeczywiście, kilka razy odszedł od stolika niemalże w samych skarpetkach, ale nie był pewien, czy akurat o ten odległy związek między skarpetkami a hazardem chodziło jego lubej.

– A gdzie są białe? – zapytał, gdy już nieco otrząsnął się z pierwszego szoku.

– BIAŁE??? Albercie, chyba nie chcesz nosić białych skarpetek!

– Chcę – zaoponował nieśmiało. – Bawełniane były, ekologiczne znaczy. No i lubiłem je. Najbardziej te z zielonym paseczkiem. Chociaż te z czerwonym też były fajne.

– Albercie, nie kompromituj się – nadąsana Aurelia zdecydowanie zakończyła dyskusję.

Zdarzały się jednak dni, gdy opuszczała ją energia. Siedziała wtedy w kącie ze skwaszoną miną i nie odzywała się ani słowem, lecz Albert, zamiast cieszyć się krótkotrwałą chwilą wytchnienia, usiłował dociec, o cóż to chodzi jego jedynej. Oczywiście nigdy niczego się nie dowiedział. Nauczył się jednak szybko, że odpowiedź „o nic” wymaga wizyty w kwiaciarni i półgodzinnych przeprosin za bliżej nieokreślone przewinienie. „Zupełnie o nic” oznaczało, że trzeba gnać do jubilera. Albert zaczął brać nadgodziny.

Zniósł wiele, bo uczucie jego było głębokie, a cierpliwość wielka.

Jednak gdy nakryła jego ulubiony stolik plątaniną węzełków, którą dumnie nazywała serwetą i kazała mu palić w łazience, aby owego rękodzieła broń Boże nie zapaproszył, Albert nie zdzierżył. Korzystając z chwilowej nieobecności lubej zmienił zamki. Uznał, że konieczność samodzielnego prasowania koszuli to niewielka cena za odzyskaną wolność. Na wszelki wypadek przez trzy dni nie wychodził z domu. Bał się, że zdesperowana niewiasta wtargnie do mieszkania, gdy tylko drzwi się uchylą. Telefonów też nie odbierał. Nigdy nie dowiedział się, czy te środki ostrożności były rzeczywiście potrzebne. Jednak uważał, że zawsze lepiej jest dmuchać na zimne. Tak czy siak, Aurelia definitywnie zniknęła z jego życiorysu.

Aby przypieczętować odniesione zwycięstwo, Albert z premedytacją wylał na serwetkę czerwony barszcz bez uszek, za to z mnóstwem niezbędnego do poprawnego wzrostu paznokci żelaza, wysypał przez nieuwagę popiół na podłogę i pracowicie wyszukał wśród niezliczonych kanałów oferowanych przez kablówkę mecz piłkarski. Co prawda udało mu się znaleźć tylko transmisję z rozgrywek trzeciej ligi w Kuwejcie, komentowaną oczywiście po arabsku, lecz dla Alberta nie miało to żadnego znaczenia. Liczył się sam fakt. I zimne piwo.

Po wybrance pozostała mu tylko skłonność do czytania prasy kobiecej i odżywka do włosów, zresztą przeterminowana. No i samo wspomnienie. Tyle warte.

– Wszelkie podobieństwo osób i wydarzeń jest przypadkowe – rzekł Albert w kierunku psa, lecz ten skutecznie już się zawieruszył. Pies był kolegi, który wyjechał na drugi koniec kraju, żeby wziąć ślub.

***

Wzajemna nieprzystawalność natury kobiecej i męskiej od wieków nurtuje ludzkość. Przez stulecia wyklarowały się dwa dominujące poglądy na taki stan rzeczy. Jeden z tych poglądów jest artykułowany przez kobiety, drugi zaś – co zaskakujące – przez mężczyzn. Głos w dyspucie, przyznam, że w zasadzie koncyliacyjny, zabrał również Petr Šabach, a co z tego wynikło?



Petr Šabach, Gówno się pali,
Wydawnictwo Afera 2011

20.3.12

Waltzing Matilda

Protokół z przesłuchania obywatela Stanów Zjednoczonych Billa Brysona w Dzielnicowym VII Komisariacie Policji Stanowej w Brisbane, Queensland, Australia

Funkcjonariusz przesłuchujący: komisarz Lyndon McEverland
Protokolant prowadzący: sierżant Pat Rafterhson
 
Spisywanie protokołu rozpoczęto o godzinie 9 a.m. czasu miejscowego, trzeci miesiąc pory suchej

Komisarz Lyndon McEverland (Kom. LMcE): Witam, Mister Bryson. Proszę usiąść. Czy zechce pan podać do protokołu swoje dane osobowe oraz pozostałe informacje, w których posiadaniu jest Policja Stanowa?

Mr. Bill Bryson (Mr. BiB): Witam, komisarzu McEverland. Pozwoli pan, że zanim udzielę odpowiedzi spytam, czy w świetle obowiązujących w Queensland przepisów prawnych o ochronie danych jest to konieczne, wskazane, czy tylko fakultatywne?

Kom. LMcE: Mister Bryson, to po prostu ułatwi nam robotę. Proszę traktować nasze spotkanie w sposób mniej oficjalny. Zapomnijmy na razie o przepisach, przecież widzi pan, że staram się traktować pana po ludzku, choć mam kolegów, którzy wykazują znacznie mniejszą cierpliwość.

Mr. BiB: Doceniam pańską życzliwość, komisarzu. Od dawna w Australii?
 
Kom. LMcE: No będzie już jakieś ćwierć wieku. Niech no policzę... No tak, dwadzieścia pięć lat temu jak obszył moja szalupa szczęśliwie dobiła do brzegów zatoki Moreton. Ktoś mógłby powiedzieć, że nie miałem tyle szczęścia co ci, którzy zacumowali w Port Jackson i na dzień dobry dobry wieczór napaśli wzrok widokiem Sydney Opera House. Ale ja im nie zazdroszczę. Bo tu mamy Queensland Bulls. Kocham Queensland Bulls, szaleję za Queensland Bulls. Pan zna oczywiście ten klub, Mister Bryson?

Mr. BiB: Komisarzu, rzecz jasna w rzeczy samej. Raz nawet na ich meczu dotrwałem do regulaminowej przerwy na herbatę. Krykiet potrafi być ekscytujący. Pamiętam, że jeden z zawodników strasznie się wkurzył, bo dostał herbatę bez mleka.
 
Kom. LMcE: No tak, to przykry incydent. Ale tę sprawę już rozwiązaliśmy. Kelner został skazany na reedukacyjne ostrzyżenie 3 milionów owiec. Przejdźmy zatem do pańskiej sprawy, Mister Bryson.
 
Mr. BiB: A w zasadzie jaka to sprawa, komisarzu?
 
Kom. LMcE: No, eee... Czy nie jest pan spragniony, Mister Bryson? Dziś jest dość ciepło, będzie chyba więcej niż sto Fahrenheitów. Tak miło się z panem gawędzi. Może piwa, Mister Bryson?

Mr. BiB: Komisarzu, panu nie śmiałbym odmówić.

9.15 a.m. – 10.30 a.m. – przerwa śniadaniowa (dołączony rachunek na 6 butelek piwa)
 
LMcE: OK. Sierżancie, gotowy? Jedziemy dalej, Bill.
BiB: Lynd, poczekaj, jeszcze nie skończyłem
...
LMcE: Bill, nie ma sprawy, bez pośpiechu. Przepłucz gardło i powiedz mi, ile razy byłeś już w Australii?
BiB: No wiesz, tak dokładnie to nie liczyłem, ale jakieś pięć czy sześć.
LMcE: I co, wszystko grało? Widziałeś kangury, koala, krokodyle, stekowce?
BiB: No, stekowce to najbardziej mnie kręcą. Oprócz kazuara. Ale gada nie widziałem akurat.
LMcE: Ptaka, Bill, ptaka. Wielką Rafę Koralową, skałę Uluru widziałeś?
BiB: Lynd, nie pytaj, jak sobie przypomnę, to zaczyna mnie suszyć. Taki kawał pustyni wokół, że strach. Masz tam jeszcze jakąś butelkę? No mówię ci, tylko ten wielki czerwony kamulec i wokół spinifex i spinifex po horyzont. Aż ciary przechodzą.
LMcE: No, i spinifex, mówisz. Masz, Bill, butelkę, bo widzę, że ci tego teraz trzeba, chłopie.
BiB: No, bo w gardle tak mnie piecze, jakbym połknął tę, jak tej milutkiej meduzie... o, morską osę i poprawił tym cholernym pająkiem Red-Backiem
...
LMcE: Nawet nie mów… Jak ty to możesz wytrzymać?...

11.30 a.m. – 1.30 p.m. – lunch (dołączony rachunek na 8 butelek piwa)

LMcE: Wiesz, Bill
... Sierżancie, siądźcie no równo i piszcie, nie bujajcie się na krześle. No to, Bill, muszę ci powiedzieć, chłopie, że cię lubię, ale... co to ja... acha, no muszę cię spytać, co wiesz o tym, no jak mu tam, no... o Harolda Holta! Holt, dobrze mówię, co nie?
BiB: Chłopie, bardzo dobrze mówisz, cholernie dobrze mówisz, Lynd
... Jak ja bym tak pisał, jak ty mówisz, to może nawet bym został tym no… pisarzem, mówię...
LMcE: To ja mówię ci, Bill. O Holcie. Wiesz coś?
BiB: Lynd, wiesz, że jak o nim pomyślę, to muszę się napić, taka smutna historia…
LMcE: O Holcie, Bill. Co wiesz, chłopie? Eeep
...
BiB: No powiem ci, chłopie, trochę wiem. To był, chłopie, premier, pierwszy minister nawet Australii. Równy chłop. Lubili się, Lynd, lubili, Holt i nasz prezydent Johnson... Niezłe, Lynd, Johnson miał tak na imię jak ty! A jak skończył Holt, chłopie?  Nie pił, a się utopił. I to jak?! Na amen, chłopie. Wziął i się utopił tak, że nikt go już nie znalazł. Kiepska sprawa, chłopie, mówię ci... Przekąpać się tylko chciał, ochłodzić, bo upał był taki w sam raz jak dziś, biedaczysko...
LMcE: No właśnie, Bill... Bo wiesz, o to chodzi... Że ja od samego początku miałem cię zapytać, czy ty nie wiesz, co się z nim naprawdę stało, chłopie... Ruski spisek czy kosmici, bo ja wiem? Bo jakby się tak po prostu utopił, to tak sobie myślę, Bill, że w końcu by jednak wypłynął, bo morze zawsze oddaje to co zabrało... No tak się mówi, no nie?... 
BiB: No, Lynd, wiem, tak się mówi, ale on się w oceanie utopił, w oceanie, chłopie... Sam rozumiesz... Napijemy się za Holta?
LMcE:  Musowo, Bill, musowo
... Aussie i Jankes piją, chłopie! God save the Queen!

2.30 p.m. – 4.30 p.m. – brunch (dołączony rachunek na skrzynkę piwa)


LMcE i BiB pospołu:  

Waltzing Matilda, Waltzing Matilda
"You'll come a-Waltzing Matilda, with me"
And he sang as he watched and waited 'til his billy boiled,
"You'll come a-Waltzing Matilda, with me"


I da capo al fine.

Podpisy nieczytelne.

Uwagi:  Po zakończonym przesłuchaniu obywatel Stanów Zjednoczonych Bill Bryson o godzinie 11.40 p.m. został zwolniony z VII Dzielnicowego Komisariatu Policji Stanowej w Brisbane z użyciem radiowozu patrolowego nr boczny BQ 3406 (dołączony rachunek za benzynę 51 galonów, ponieważ zakup benzyny od 50 galonów wzwyż był premiowany darmowym śniadaniem z darmową kawą z darmowym alkazelcerem).

Podpis: sierż. Pat Rafterhson

Bill Bryson, Śniadanie z kangurami. Australijskie przygody, Zysk i S-ka 2011

9.3.12

Po co wracać do Knoxville?

Woda z cichym szmerem rozbijała się o brzeg. Bura sztywna piana osiadała na krawędzi lądu, bujana falą, rozrywana na strzępy przez przybrzeżne kamienie i badyle. Poranne powietrze nie było rześkie, czuć było butwiejące przekwitłe trawy, gnijące ryby i smołę. Nad rzeką zalegała wilgotna mgła, ledwo można było dostrzec nieodległe przęsło mostu, mocno wbite w porośnięty wiciokrzewem i turzycą nasyp. Wydawało się, że przez mgłę, z drugiego brzegu rzeki, przebijają się odgłosy pracującej rzeźni. Ale mogło to być złudzenie. Na pewno było słychać szum jadących ciężarówek. Jakiś czas temu wzdłuż rzeki wybudowano nową nitkę sześciopasmowej autostrady do Nashville, która pozwalała samochodom omijać coraz tłoczniejsze Knoxville. Miasto nigdy nie kochało swojej rzeki. Tennessee River płynęła sama sobie, gromadząc na nabrzeżach raczej odpadki cywilizacji. Miasto przekraczało susem cuchnącą rzekę, żeby nie dostrzec wzdętych ciał topielców, które spływały z nurtem. Teraz autostrada tym bardziej odgrodziła rzekę, a ktokolwiek dostał się na niezbyt szeroki pas nabrzeża, musiał mieć odczucie, że oto zawitał na dziwną obcą planetę dryfującą poza czasem. Niekiedy nie miał już odwrotu. Albo nie chciał go mieć.

Mężczyzna stał i wpatrywał się we mgłę. Trzymał ręce w kieszeniach wypchanych sztruksowych spodni, dżinsowa koszula, za duża o kilka numerów, była zapięta pod szyją. Nie miał ze sobą nic, żadnej torby, plecaka, butelki. Trudno było zgadnąć, czy wytęża wzrok, bo chce zobaczyć coś naprawdę, czy też nie jest niczego ciekawy i ze spokojem przyjmie każdy widok.

Z krzaków wychylił się pysk parchatego psa. Zwierzę węszyło. Po chwili doszło do wniosku, że nie ma zagrożenia. Pies szczeknął i przebiegł obok człowieka, czujnie zerkając, czy ten nie wykona jakiegoś gwałtownego ruchu: albo chcąc go kopnąć w żebrowany bok, albo rzucając resztkę jedzenia. Człowiek jednak stał bez ruchu. Pies zniknął pod mostem.

Mgła powoli rzedła. Można było dostrzec, że na wodzie stoi barka. Stalowe cumy, którymi była przymocowana, zardzewiałe, wrosły w pnie drzew, wokół których były omotane od lat. Wypiętrzały się rakowate zgrubienia. Na barkę prowadził trap, który nie budził za grosz zaufania. Brakowało pewnie co drugiej deski, a te, które pozostały, były zmurszałe i pokryte obślizgłą pleśnią. Sama barka była w nielepszym stanie. Wyglądało na to, że chyba tylko cud sprawia, że jeszcze się nie rozpadła i nie zatonęła. Na dziurawym pokładzie rosły jakieś młode drzewka, mech zarastał dywanem nadbudówkę. Wybite szyby i dyndające na jednym zawiasie drzwi, absurdalnie zbędne. Nikogo o zdrowych zmysłach nie powinno na niej być.

Sut?
Mężczyzna powoli zwrócił głowę w stronę, z której dobiegł głos.
Sut? To ty?
Ktoś ostrożnie wyłonił się zza nadbudówki. Splątane kosmyki rzadkich włosów, szczurza wydłużona twarz, oczka ukryte za szkłami reperowanych plastrem okularów z jednym zausznikiem. Uśmiechnął się. Na przedzie sczerniały ząb.
Niech mnie diabli, Sut. To ty. Wróciłeś.
Mężczyzna w sztruksach zrobił krok w kierunku barki.
Gene? Harrogate?

Suttree, sukinkocie! Niech mnie diabli, krzyczał mężczyzna z barki i już bez zawahania wyciągał przed siebie ręce, już chciał przybiec i uścisnąć serdecznie przybyłego, ale zarwała się pod nim jedna ze spróchniałych desek i noga po pachwinę wpadła pod pokład. Zachrobotało, wzbiła się chmurka kurzu, ale Harrogate nie zważał na nic, wyciągnął nieuszkodzoną na szczęście nogę z dziury i już był na brzegu. Jego radość ze spotkania była nieudawana.

Eee, wpadało się gorzej, Sut. Skąd żeś się tu wziął? Jużem myślał, że cię nigdy nie zobaczę. Jak mnie wypuścili z pudła, zaraz żem tu przyjechał, bo gdzie jak gdzie, ale tu to mogłem po tym garowaniu odpocząć. I co? Pusto. Żeś zniknął. Nikt nic nie wiedział. Tylko barka została. To żem się na niej zamelinował, specjalnie żem nic nie naprawiał, bo to taka zmyłka, że niby nikogo nie ma, po co sprawdzać. Sut, cholernie się cieszę, chodźżesz, mam tu gdzie niezłą berbeluchę, trza opić spotkanie musowo. Coś mi mówiło, że wrócisz, stary sukinkocie.

Suttree, zalany potokiem spontanicznych powitań Harrogate’a, milczał. Pozwolił się podprowadzić do zwalonego pnia. Harrogate sięgnął do schowka pod pniem i wyciągnął zamotaną w torbę z marketu flaszkę.

Zobacz, Sut. Superowa whisky. Za spotkanie. Pociągnął długi łyk. Wiesz, dużo się zadziało przez te ostatnie roki. Teraz to ja może ni mam najlepiej, no sam widzisz, kilku facetów węszy za mną, ale niedługo to już się odmieni, mam na oku parę interesów, forsy zarobię od cholery na nich, już niedługo, Sut. Bez obrazy, ale nawet tobie teraz nie powiem, bo bym zapeszył czy co. Ale niedługo będzie forsa. To wtedy barkę się odremontuje na glanc. Zostaniesz tu, Sut? Może razem zamieszkamy na rzece? Nie będziesz musiał już tych cholernych ryb łowić, kto by zresztą je kupił teraz, tu już ni ma nikogo, nawet czarnuchy zniknęły. Cisza, spokój, niby na letnisku. Mówię ci, Sut. Jeszcze po łyczku?  No. Tak żem sobie myślał, czy jeszcze wrócisz. Nie dalej niż wczora. I co, dobrze żem myślał, Sut? Tu se mieszkam, luksusów ni ma, ale gorzej bywało. Pamiętasz, jakem pod mostem melinę sobie wyszykował? To były czasy, żyło się, Sut. Młodzi byliśmy. A wiesz, mam nawet gdzieś te czerwone lampy, com je wtedy zachachmęcił z budowy, potem ci pokażę. No, Sut, wypijmy. W pierdlu letko nie było, co ci będę gadał, teraz też, ale jeszcze będzie forsa, mam coś na oku. Tylko trzeba się dobrze przygotować. Pomożesz mi, bo tobie to ja całą prawdę mogę powiedzieć, tylko nie od razu, później. I będzie forsa, miasto będzie nasze. Będziemy się rozbijać po knajpach, od dziewczynek się nie damy rady opędzić. Wiesz, może i jaki wózek się kupi, bo teraz to po tej autostradzie na piechty daleko się nie zajdzie, zaraz cię zwiną. Zapomnij o robocie na rzece, ryb ni ma, żółwi ni ma, małży ni ma. Nikt już łódką po niej nie pływa, szkoda zachodu, Sut. Cholerny sukinkocie, gdzie cię poniosło przez te wszystkie lata? Cóżeś robił? Ja żem ciągle myślał, że wrócisz. I wróciłeś. Wypijmy, Sut.

Suttree siedział na pniu i spoglądał na podekscytowanego Harrogate’a. Słuchał, ale sam nic nie mówił. Nawet nie sięgał po whisky. Odrywał z obalonego pnia kawałki kory, spod których wybiegały spłoszone, niemal pozbawione pigmentu robaki. Milczał.  Woda głośniej zachlupotała, zbudził się wiatr. Przyniósł smród zgnilizny.

Gene, nie zostanę. Chciałem tylko zobaczyć. Wiesz, czasami…

Suttree wstał z pnia, spojrzał na zrujnowaną barkę, uśmiechnął się smutno do Harrogate’a i niespiesznie ruszył w kierunku mostu. Harrogate zdumiony poprawił zsuwające się okulary, ręka trzymająca flaszkę opadła bezsilnie.
Ale Sut, ja żem myślał…
Suttree wspinał się na nasyp. Nie patrzył za siebie. Po dłuższej chwili zniknął.

Z krzaków wychylił się pysk parchatego psa. Zwierzę węszyło. Po chwili doszło do wniosku, że nie ma zagrożenia. Pies szczeknął i przebiegł obok, czujnie zerkając, czy siedzący nie wykona jakiegoś gwałtownego ruchu: albo chcąc go kopnąć w żebrowany bok, albo rzucając resztkę jedzenia. Człowiek jednak siedział bez ruchu.

Cormac McCarthy, Suttree, Wydawnictwo Literackie 2011

5.3.12

Stary niedźwiedź sam już śpi...

Mój Drogi Misiu,

chyba już ostatni raz tak się do Ciebie zwracam. Chyba zresztą na pewno. Razem przeszliśmy długą drogę. Wiele, ach jak wiele wspólnych lat. Nawet nie wiem, czy pamiętasz, jak to nasze bycie razem się zaczęło. Wtedy jeszcze wszystkiego nie zapisywałeś w kajecikach, byłeś taki rozczulająco młodziutki, wąs Ci się nawet nie sypał… Ale jaki tam wąs, rajtuzki bawełniane opadały jeszcze i precelki się na nóżkach robiły.  W rodzinnym Szadku wcale się szczególnie nie wyróżniałeś. A jednak to z Tobą zetknął mnie los. No, nie taki całkiem ślepy. Papa przecież w dobrach deficytowych robił. Fach miał w rękach poważny. Dzieci też poważnie wychowywał, siostrę Twoją i  braci bliźniaków, dyscypliny nie skąpił, ale zawsze po sprawiedliwości. Czworo was było, ale tylko Tyś mi bliski tak bardzo. Bo to z myślą o Tobie papa mnie do domu sprowadził. Dzięki Tobie pojawiłam się w Szadku i od razu, od pierwszej chwilki, do Ciebie przylgnęłam. To Tyś mnie tulił do piersi, to Tyś nadstawiał ucha na każde moje słówko, na każdą nutkę, a na te przebojowo-rytmowe to oboma strzygłeś jak czujna łania. Boś Ty mi łanię zawsze przypominał. Taką bezbronną, łagodną, papuśną, ale i obawialską, więc wąsem szczeciniastym  i okularem rozłożystym się maskującą w świecie pułapek wszelakich pełnym.

Misiu, jakżeś bliski mi był, gdyś po lekcjach ze szkoły w Zduńskiej Woli migiem do Szadka wracał, aby nie uronić ani krztynki z kolejnych notowań. Nie byłam zazdrosna o tę Olgę z Omska, coś do niej listy bukwami pisywał, bo to nie ją paluszki Twoje ujmowały czule i do twarzy wieczorową porą znacząco zbliżały. I cóż, że zęby miałeś nierówne, wróżące dużą przyszłość Twojemu stomatologowi. Furda. Nie to się liczyło.

Także potem, gdyś już wszystkie elegie o Ludwiku Waryńskim w liceum na akademiach wydeklamował, gdyś już dzielnie na posiąście (na pohybel defektywnym czasownikom, widzisz, Misiu, wciąż nie jestem intelektualnie osłabiona, wciąż wigor we mnie!) świata wielkiego wyruszył. Robotnicza Łódź… Pamiętasz, Misiu? Wydawało się, że to tak daleko tym pekaesem, tak obco. I aby swojskością się ukoić, do Szadka powracałeś, a tak naprawdę to wciąż powracałeś do mnie. Teraz się nie przyznasz, ale ja wiem. Takie rzeczy po prostu się wie. Zbyt wiele nas połączyło, aby Twoje inżynierskie studia (Misiu, gdym usłyszała o tym, sama się przeskalowałam!), Twoja amatorska praca w Żaku, Twoja ówczesna desperacja, że oto właśnie czas założyć rodzinę, na szczęście krótkotrwała (na pewno bym jej nie polubiła, na pewno nie) wpłynęły na nasze relacje. To prawda, pojawiałeś się coraz rzadziej i na coraz krócej. Ale czas, który spędzaliśmy wtedy razem, był bardziej nasycony, nawilżony, napęczniały. Ilość przeszła w jakość. Ponoć wszystkie związki ewoluują. Tak się mówi. Muszę wierzyć, bo znam tylko jeden, ten nasz. Idealny. Wydawałoby się…

Misiu, potem wyruszyłeś do stolicy. Często pojawiały się nowe słowa: Trójka, Myśliwiecka, trzy, pięć, siedem. Ponoć nie były to lata dobre dla kraju, te osiemdziesiąte, ale dla Ciebie najszczęśliwsze. A skoro tak, to przecież i dla mnie. Cieszyłam się razem z Tobą. Trwałam niezmiennie, bo to było Ci potrzebne. Wielki świat mediów nieraz potrafi doprowadzić do ciężkich schorzeń o podłożu. I Ty wszak niejedną audycję odchorowałeś ciężko. Nie było łatwo, ale ani na moment nie straciłam wiary w Ciebie. Sądziłam, że i vice versa. Nie byłam już najmłodsza, jednak wciąż naiwna. I pozostałam taka wtedy, gdyś wyjeżdżał do Ameryki, do Australii, do Indii (no wiesz, udało Ci się to powiedzonko, że w poprzednim wcieleniu na pewno byłeś Hindusem, choć takim mniej śniadym i pijającym do szparagów wino ByLines McLaren Vale Shiraz nie z każdego rocznika bynajmniej, koneserskie podejście). Gdyś odwiedzał tych wszystkich wielkich i jeszcze większych: Stinga, Collinsa, Younga, a nawet Korę i Górniak (wiesz już na pewno, że ma dzidziusia i lubi go fotografować).

Wiedziałam, że wszystko skrupulatnie notujesz, że wypisujesz do imentu tygodniowo dwa długopisy, bo charakter pisma masz doskonały, krąglutkie literki z wycyzelowanymi ogonkami, więc tuszu więcej schodzi. I nie miałam Ci za złe, żeś nigdzie do tej pory o mnie słówkiem nie wspomniał. Po prostu rozumiałam, że tak głęboka intymność jak nasza nie potrzebuje słów, ani wypowiedzianych, ani tym bardziej napisanych. Ale zdarzało mi się tęsknić, choć nie była to nigdy tęsknota beznadziejna, bo byłam bardziej niż pewna, że zawsze do mnie powrócisz, Misiu.

I wracałeś. Nawet nie wiesz, jak bardzo się ucieszyłam, gdy opuściłeś Trójkę. Dla mnie to było jasne, że muszą nastąpić zmiany. Wyłącznie na lepsze. Byłeś znów w Szadku, byłeś ze mną w dzień i w nocy, a mnie się wydawało, że czas się cofnął, że znów jesteśmy młodzi. I co tam siwizna i śniedź. Duch, Misiu, duch w nas był wielki.  Myślałam, że już na zawsze, że zatoczyłeś krąg i powróciłeś na dobre i na złe. To wielkie szczęście. Można je docenić wtedy, gdy się kończy…  Bo powróciłeś do Trójki. Zostałam w zasadzie sama, w domu już więcej było duchów niż żywych. Sama, ale jednak nie zdradzona. O, nie.  Nauczyłam się cierpliwie czekać na Ciebie. I marzyłam, że skoro nic nas już nie rozłączy, to może w końcu powiesz światu o mnie. Niech się dowiedzą, że w małym miasteczku gdzieś… To byłoby cudowne. Ty już w smudze cienia, ale wciąż atrakcyjny, barytonowy, wymowny i muzyczno-wszechwiedny, ja zaś odrestaurowana, wypucowana i rewitalizowana. Nas dwoje. I tylko to się liczy, Misiu.

I nagle grom z jasnego nieba. Jak mogłeś. Tak w tajemnicy, bez ostrzeżenia. Po tym wszystkim, co razem przeszliśmy. Nie mogę tego pojąć. Nikt chyba by nie pojął… Bo to niepojęte jest.

Dlaczego to zrobiłeś? Dlaczego?! Czy sądziłeś, że przyjmę to chłodno, z dystansem, bez emocji? Bo już jestem stara? Bo już niewielki ze mnie pożytek? Tak? Po co napisałeś „Nie wierzę życie pozaradiowe”? Nie dość Ci było tych festiwali w Opolu, nie dość tych jubileuszowych list przebojów, nie dość Barona? Po co napisałeś tam to, co napisałeś? Wydrukowane, nie można cofnąć, nie można się wyprzeć. Napisałeś ni mniej, ni więcej: dziś już nie potrafiłbym żyć w tandemie. Tak napisałeś. Właśnie teraz, gdy wszystko się tak świetnie układało. Gdy już bliski był moment, gdy powrócisz do Szadka na zawsze tak nieodwołalnie. Gdy na zawsze mieliśmy być razem, sobie najbliżsi. Nie potrafisz żyć w tandemie??? I dopiero teraz to mówisz?! Po tych wszystkich wspólnych latach? Czy ze mną coś nie tak?!

Misiu, nie mogę już więcej, nie mogę tego wytrzymać... Jeśli Ty nie wierzysz w życie pozaradiowe, to co ja mam powiedzieć?! Rób, jak uważasz. Nie stanę na Twojej drodze. Bądź singlowo szczęśliwy. Zapomnij, że kiedykolwiek byłam w Szadku. Zapomnij… Misiu… Ja też już nie wierzę… Śpij...

Twoja na zawsze
tranzystorowa Szarotka


Marek Niedźwiecki, Nie wierzę w życie pozaradiowe, Wydawnictwo Agora 2011