![]() |
Witold Gombrowicz, portret – Łukasz Martyka, absolwent LO im. Mikołaja Kopernika w Tuchowie Michał Witkowski, portret – Paulina Lignar, absolwentka ASP w Krakowie |
Jeśli jesteś niekompetentny, nie możesz wiedzieć, że jesteś niekompetentny. Umiejętności, których potrzebujesz, by wyprodukować dobrą odpowiedź, są tymi samymi umiejętnościami, których potrzebujesz, by rozpoznać, czy rzeczywiście jest dobra.
David Dunning, profesor psychologii na Uniwersytecie Michigan
Jedną z bolesnych rzeczy w naszych czasach jest to, że ci, którzy czują się pewnie, są głupi, a ci, którzy mają jakąkolwiek wyobraźnię i zrozumienie, są przepełnieni wątpliwościami i niezdecydowaniem.
Bertrand Russell, brytyjski filozof
Ignorancja częściej jest przyczyną pewności siebie niż wiedza.
Charles Darwin, brytyjski przyrodnik
W czasach, gdy wiele mówi się o zespołach czy syndromach (ostatnio w nader dosadnych słowach), warto przypomnieć też o efekcie Dunninga-Krugera. Jednak człowiek to istota ze wszech miar ułomna. A niektórzy są nawet ułomniejsi.
13.4.12
Gdzie drwala rąbią, tam duchy lecą
5.4.12
W tej metodzie szaleństwa brak
Juli Zeh, Corpus delicti, W.A.B. 2011
2.4.12
Ostrożnie z tymi obchodami
Książka dziecięca w większości przypadków intencjonalnie jest przeznaczona dla małoletniego czytelnika z nierozbudzonym jeszcze libido, chyba że jest zbyt nasycona elementami psychoanalitycznymi (vide choćby znamienna szafa u C.S. Lewisa), wówczas egzegezy muszą podejmować się saperzy-neofreudyści.
Ostatnimi czasy często można zaobserwować zjawisko niezgodności charakterów między małoletnim czytelnikiem a książką dziecięcą (bez względu na to, jaki gatunek literacki lub nieliteracki ona reprezentuje). Skutkuje to konsekwentnym wzajemnym unikaniem się. Jednak czasami wsteczne i konserwatywne elementy, wykorzystując swą przewagę w hierarchii społecznej oraz stosując niejednokrotnie szantaż emocjonalny, doprowadzają do ryzykownego kontaktu.
Jak zgubne to może mieć skutki, niech dowiedzie przytoczony poniżej przykład - wszak egzemplifikacja w dobie wszechobecnej idiosynkrazji jest ze wszech miar pożądana.
Otóż nader młody czytelnik, niechże ma na imię Alfonsik, doznaje krótkiego kontaktu z literaturą dziecięcą za sprawą babci, która układając go, wedle własnego mniemania, do snu, z uporem godnym lepszej sprawy prezentuje następujący recitativ, żywcem (pardon le mot) wyjęty z dziecięcej książeczki:
Żyła sobie mała krowa.
Była bardzo drobiazgowa.
Rzecz to wielce niesłychana,
Więc ta krowa była znana.
Gdy dorosła, duża była,
Lecz się wcale nie zmieniła.
Drobiazg ciągle był jej w głowie,
Drogie panie i panowie.
W stadzie życia to nie miała,
Bo gdy tylko przybieżała,
Tak ryczały inne krowy:
Unikamy drobiazgowych!
Odrzucona, posmutniała,
Na wycieczkę się wybrała.
Napotkała w drodze byka.
Dziś po trawie drobiazg bryka!
Nikt nie wie, dlaczego akurat to zapładniające dzieło babcia uznała za godne utrwalenia w pamięci wnuka. Nawet Alfonsik po dokonaniu ewaluacji doszedł do wniosku, że nie jest to utwór wybitny. Babcia ze względu na wiek osobniczy nie ponosi odpowiedzialności za nieświadomą deprawację. Jej bezrefleksyjny wybór okazuje się jednak nieokiełznaną propagandą prokreacji rogacizny, który to proces doprowadza do nasilenia się efektu cieplarnianego, czego tu rozwijać nie będziemy, bo to nie czas i miejsce.
Alfonsik jednak od tej pory zrażony do literatury dziecięcej, eo ipso do dziecięcej książki, ogłosił w obecności babci obywatelskie nieposłuszeństwo i już nigdy nie pozwolił jej na podobne praktyki (czyli czytanie przed rzekomym snem).
To tylko drobny przykład, który niepodważalnie dowodzi, jakie zgubne skutki może powodować nieskrępowane i nieuregulowane odpowiednimi dyrektywami korzystanie z książek dziecięcych. Przykłady można by mnożyć...
23.3.12
Dwa bliskie światy, a jakże dalekie
A o czym tu rozmyślać w pieskim towarzystwie, by znój stał się znośny? Tylko o kobietach...
Albert przeżył kiedyś krótkotrwały, acz nader burzliwy romans. Wspomnienia tego serdecznego epizodu prześladowały go długo, długo, a co jakiś czas, zda się już pogrzebane, ożywały jak hydra, co kolejny łeb w górę unosi i skrzeczy pyszczydłem obmierzłym. Nawet teraz, po latach, gdy o tym myślał, dostawał gęsiej skórki, choć może to tylko wpływ niekorzystnej aury i lichego odzienia.
Aurelia, bo tak na chrzcie dano owej damie, czerpała dziwną satysfakcję z dokuczania Albertowi. W końcu zaczął podejrzewać nawet, że prowadziła jakieś badania naukowe, które miałyby określić granicę odporności mężczyzny na stres, jednak ze względu na zakaz przeprowadzania eksperymentów na ludziach, motywy trzymała w głębokiej tajemnicy i tylko Albert, będący przedmiotem badań, jako tako w tym się orientował.
Na początku wszystko wyglądało wspaniale. I to go zmyliło i czujność uśpiło. Panna szczebiotała słodko, oczkami urzęsionymi mrugała, a wszystkie poczynania Alberta wywoływały w niej euforyczny entuzjazm. Piskom i zachwytom nad jego wspaniałością nie było wprost końca.
Niestety, szybko się okazało, że ulubionym zajęciem Aurelii jest wydawanie pieniędzy. I to bynajmniej nie swoich, lecz jego, Alberta. Gdybyż na tym się skończyło! Albert niczego nie żałował wszak swej wybrance. Nie był materialistą, przynajmniej zdeklarowanym. Ale ona uparła się, by aktywnie uczestniczył w tym procederze.
Na pierwszy ogień poszedł sklep z butami. Gdy podawał Aurelii do przymierzenia siedemnastą parę, która na oko niczym nie różniła się od szesnastu poprzednich, poczuł, że jego uczucie stopniowo przygasa. Zadumał się nad tym, lecz nie na długo. Już po chwili z zamyślenia wyrwał go głos lubej.
– Misiaczku, prosiłam o szare, a te są grafitowe!
Albert nie znosił, gdy ktoś mówił do niego „Misiaczku”. Do tego nie miał pojęcia, czym szary różni się od grafitowego, bo czyż grafit może być w innym kolorze niż szary?
Potem było jeszcze gorzej. Wysłuchał półgodzinnego wykładu o różnicach między koralowym a amarantowym oraz pogadanki o wyższości dekoltu w serek nad dekoltem karo. Całkowicie stracił węch po obwąchaniu niewyobrażalnej liczby próbek wód toaletowych i perfum. Dowiedział się, że kosmetyki dzielą się na kolorowe i pielęgnacyjne. Mimo znakomitego pogłębienia swojej wiedzy ogólnej, szczegółowo miał dość.
Myślał, że odpocznie w domu. Ale gdzież tam. Aurelia postanowiła zmienić jego życie. Na lepsze oczywiście. Zaczęła od jedzenia. Gdzież się podziała mądrość naszych babek, które wiedziały, że mężczyznę trzeba najpierw złapać, a potem dobrze karmić? Współczesne kobiety jeśli już karmią, to zdrowo i ekologicznie. Z jadłospisu znikło piwo i jajecznica na boczku, odszedł w dal schabowy i golonka. Na śniadanie na stół wjeżdżało coś, co Albert identyfikował jako karmę dla ptactwa domowego, w dodatku suchą. Na obiad dostawał gustowną kompozycję z kiełków, traw i wodorostów. Kolacji nie było. Tylko w niedzielę było nieco lepiej. Z okazji święta Aurelia szła na ustępstwa i podawała na stół rzodkiewkę. Jedną. I jeszcze deser w postaci ryżowego ciasteczka z wróżbą, której treść była o tyle bez znaczenia, że istotna była jej forma. Musiała być na tyle duża, żeby ciasteczka było jak najmniej.
Kolejną ofiarą reformatorskich zapędów Aurelii padła szafa Alberta. Któregoś wieczora, wielce podekscytowana, zaciągnęła Alberta do przedpokoju i z dumą zaprezentowała swe dzieło.
– Popatrz, Misiaczku, ułożyłam ci skarpetki według koloru. Od najjaśniejszych do najciemniejszych. Teraz łatwiej będzie Ci je dobrać.
Albert poczuł się lekko zagubiony. Dobieranie kojarzyło mu się wyłącznie z pokerem. Rzeczywiście, kilka razy odszedł od stolika niemalże w samych skarpetkach, ale nie był pewien, czy akurat o ten odległy związek między skarpetkami a hazardem chodziło jego lubej.
– A gdzie są białe? – zapytał, gdy już nieco otrząsnął się z pierwszego szoku.
– BIAŁE??? Albercie, chyba nie chcesz nosić białych skarpetek!
– Chcę – zaoponował nieśmiało. – Bawełniane były, ekologiczne znaczy. No i lubiłem je. Najbardziej te z zielonym paseczkiem. Chociaż te z czerwonym też były fajne.
– Albercie, nie kompromituj się – nadąsana Aurelia zdecydowanie zakończyła dyskusję.
Zdarzały się jednak dni, gdy opuszczała ją energia. Siedziała wtedy w kącie ze skwaszoną miną i nie odzywała się ani słowem, lecz Albert, zamiast cieszyć się krótkotrwałą chwilą wytchnienia, usiłował dociec, o cóż to chodzi jego jedynej. Oczywiście nigdy niczego się nie dowiedział. Nauczył się jednak szybko, że odpowiedź „o nic” wymaga wizyty w kwiaciarni i półgodzinnych przeprosin za bliżej nieokreślone przewinienie. „Zupełnie o nic” oznaczało, że trzeba gnać do jubilera. Albert zaczął brać nadgodziny.
Zniósł wiele, bo uczucie jego było głębokie, a cierpliwość wielka.
Jednak gdy nakryła jego ulubiony stolik plątaniną węzełków, którą dumnie nazywała serwetą i kazała mu palić w łazience, aby owego rękodzieła broń Boże nie zapaproszył, Albert nie zdzierżył. Korzystając z chwilowej nieobecności lubej zmienił zamki. Uznał, że konieczność samodzielnego prasowania koszuli to niewielka cena za odzyskaną wolność. Na wszelki wypadek przez trzy dni nie wychodził z domu. Bał się, że zdesperowana niewiasta wtargnie do mieszkania, gdy tylko drzwi się uchylą. Telefonów też nie odbierał. Nigdy nie dowiedział się, czy te środki ostrożności były rzeczywiście potrzebne. Jednak uważał, że zawsze lepiej jest dmuchać na zimne. Tak czy siak, Aurelia definitywnie zniknęła z jego życiorysu.
Aby przypieczętować odniesione zwycięstwo, Albert z premedytacją wylał na serwetkę czerwony barszcz bez uszek, za to z mnóstwem niezbędnego do poprawnego wzrostu paznokci żelaza, wysypał przez nieuwagę popiół na podłogę i pracowicie wyszukał wśród niezliczonych kanałów oferowanych przez kablówkę mecz piłkarski. Co prawda udało mu się znaleźć tylko transmisję z rozgrywek trzeciej ligi w Kuwejcie, komentowaną oczywiście po arabsku, lecz dla Alberta nie miało to żadnego znaczenia. Liczył się sam fakt. I zimne piwo.
Po wybrance pozostała mu tylko skłonność do czytania prasy kobiecej i odżywka do włosów, zresztą przeterminowana. No i samo wspomnienie. Tyle warte.
– Wszelkie podobieństwo osób i wydarzeń jest przypadkowe – rzekł Albert w kierunku psa, lecz ten skutecznie już się zawieruszył. Pies był kolegi, który wyjechał na drugi koniec kraju, żeby wziąć ślub.
***
Wzajemna nieprzystawalność natury kobiecej i męskiej od wieków nurtuje ludzkość. Przez stulecia wyklarowały się dwa dominujące poglądy na taki stan rzeczy. Jeden z tych poglądów jest artykułowany przez kobiety, drugi zaś – co zaskakujące – przez mężczyzn. Głos w dyspucie, przyznam, że w zasadzie koncyliacyjny, zabrał również Petr Šabach, a co z tego wynikło?
20.3.12
Waltzing Matilda
Funkcjonariusz przesłuchujący: komisarz Lyndon McEverland
Protokolant prowadzący: sierżant Pat Rafterhson
Komisarz Lyndon McEverland (Kom. LMcE): Witam, Mister Bryson. Proszę usiąść. Czy zechce pan podać do protokołu swoje dane osobowe oraz pozostałe informacje, w których posiadaniu jest Policja Stanowa?
Mr. Bill Bryson (Mr. BiB): Witam, komisarzu McEverland. Pozwoli pan, że zanim udzielę odpowiedzi spytam, czy w świetle obowiązujących w Queensland przepisów prawnych o ochronie danych jest to konieczne, wskazane, czy tylko fakultatywne?
Kom. LMcE: Mister Bryson, to po prostu ułatwi nam robotę. Proszę traktować nasze spotkanie w sposób mniej oficjalny. Zapomnijmy na razie o przepisach, przecież widzi pan, że staram się traktować pana po ludzku, choć mam kolegów, którzy wykazują znacznie mniejszą cierpliwość.
Mr. BiB: Doceniam pańską życzliwość, komisarzu. Od dawna w Australii?
Mr. BiB: Komisarzu, rzecz jasna w rzeczy samej. Raz nawet na ich meczu dotrwałem do regulaminowej przerwy na herbatę. Krykiet potrafi być ekscytujący. Pamiętam, że jeden z zawodników strasznie się wkurzył, bo dostał herbatę bez mleka.
9.15 a.m. – 10.30 a.m. – przerwa śniadaniowa (dołączony rachunek na 6 butelek piwa)
BiB: Lynd, poczekaj, jeszcze nie skończyłem...
BiB: No wiesz, tak dokładnie to nie liczyłem, ale jakieś pięć czy sześć.
LMcE: I co, wszystko grało? Widziałeś kangury, koala, krokodyle, stekowce?
BiB: No, stekowce to najbardziej mnie kręcą. Oprócz kazuara. Ale gada nie widziałem akurat.
LMcE: Ptaka, Bill, ptaka. Wielką Rafę Koralową, skałę Uluru widziałeś?
BiB: Lynd, nie pytaj, jak sobie przypomnę, to zaczyna mnie suszyć. Taki kawał pustyni wokół, że strach. Masz tam jeszcze jakąś butelkę? No mówię ci, tylko ten wielki czerwony kamulec i wokół spinifex i spinifex po horyzont. Aż ciary przechodzą.
LMcE: No, i spinifex, mówisz. Masz, Bill, butelkę, bo widzę, że ci tego teraz trzeba, chłopie.
BiB: No, bo w gardle tak mnie piecze, jakbym połknął tę, jak tej milutkiej meduzie... o, morską osę i poprawił tym cholernym pająkiem Red-Backiem...
11.30 a.m. – 1.30 p.m. – lunch (dołączony rachunek na 8 butelek piwa)
LMcE: Wiesz, Bill... Sierżancie, siądźcie no równo i piszcie, nie bujajcie się na krześle. No to, Bill, muszę ci powiedzieć, chłopie, że cię lubię, ale... co to ja... acha, no muszę cię spytać, co wiesz o tym, no jak mu tam, no... o Harolda Holta! Holt, dobrze mówię, co nie?
BiB: Chłopie, bardzo dobrze mówisz, cholernie dobrze mówisz, Lynd... Jak ja bym tak pisał, jak ty mówisz, to może nawet bym został tym no… pisarzem, mówię...
BiB: Lynd, wiesz, że jak o nim pomyślę, to muszę się napić, taka smutna historia…
LMcE: O Holcie, Bill. Co wiesz, chłopie? Eeep...
LMcE: Musowo, Bill, musowo... Aussie i Jankes piją, chłopie! God save the Queen!
2.30 p.m. – 4.30 p.m. – brunch (dołączony rachunek na skrzynkę piwa)
LMcE i BiB pospołu:
Waltzing Matilda, Waltzing Matilda
"You'll come a-Waltzing Matilda, with me"
And he sang as he watched and waited 'til his billy boiled,
"You'll come a-Waltzing Matilda, with me"
I da capo al fine.
Podpisy nieczytelne.
Uwagi: Po zakończonym przesłuchaniu obywatel Stanów Zjednoczonych Bill Bryson o godzinie 11.40 p.m. został zwolniony z VII Dzielnicowego Komisariatu Policji Stanowej w Brisbane z użyciem radiowozu patrolowego nr boczny BQ 3406 (dołączony rachunek za benzynę 51 galonów, ponieważ zakup benzyny od 50 galonów wzwyż był premiowany darmowym śniadaniem z darmową kawą z darmowym alkazelcerem).
Podpis: sierż. Pat Rafterhson
Bill Bryson, Śniadanie z kangurami. Australijskie przygody, Zysk i S-ka 2011







